Status na fejsbuku pewnie uświadomił większości, że niedawno straciłam, ale
i szczęśliwie odzyskałam mój telefon. Historia jest na tyle ciekawa, że
pozwalam sobie założyć, jest ona godna Waszej uwagi. Otóż, nie pierwszy i nie ostatni
raz telefon wypadł mi z torebki gdzieś na ulicy. Przyzwyczajona jednak do tego założyłam,
że musiałam zostawić go w szatni w pracy albo coś podobnego. Zadzwoniłam więc
do tostowi, żeby sprawdzić, ale nikt telefonu nie mógł odnaleźć. Wtem,
otrzymuję wiadomość na komunikatorze społecznościowym od Sophii: gdzie ty się
dziś podziewałaś? Jakiś wariat z Castle Hill wydzwania do mnie i chce pieniądze
lub seks za Twój telefon. Nasz przyjaciel Michael, tak bowiem zowie się główny
bohater tejże historii, wydaje się człowiekiem dość znudzony sowim życiem. Nie
posłużył się on tyko szantażem, ale ogólnym zabawianiem się w cenzora: czytaniem
moich smsów, gromadzeniem informacji o mym życiu i małymi psikusami. Najbardziej
osaczona była Sophia, z którą najwięcej esemesuje. Michael więc zadawał jej
pytania typu: dlaczego tak dużo pijecie dziewczyny? Masz depresje? Jak ci się żyje
w Newtown? Cenzor postanowił również odwołać moją randkę, informując chłopaka:
Ania nie chce się z Tobą spotkać, nigdy więcej, po prostu się od niej odczep.
Michael troszczył się jednak o moje życie, bo ciągle przypominał Sophii o moim
egzaminie dnia następnego, i twierdził, że powinnam się uczyć, a nie randkować.
Koniec, końców spotkałam się z tym wariatem (jego zachowanie i wygląd potwierdziły wszystkie stereotypy o arabskich społecznościach z przedmieść Sydney) i po dokonaniu odpowiedniej opłaty
(„za benzynę”) odzyskałam mój cenny Alcatel. W sumie, nowy aparat kosztował
mnie tyle samo ile odzyskanie go. Pościg był jednak warty zabawy i lekcji, bo kolejny
raz w Australii nauczyłam się: za darmo Panie to tu się można wody z kranu napić.