sobota, 2 czerwca 2012

Zima na ramiona

Na dzień dziecka w Australii ogłasza się pierwszy dzień zimy. Doprawdy już to życie do góry nogami przyprawia mnie o spazmy, a ci nie dość, że zimę mają w lecie, to jeszcze rozpoczynają pory roku pierwszego dnia miesiąca. O dziwo, zimno w cale mi się nie podoba. Po konsultacji z innymi Europejczykami orzekłam, że tutejsze słoty i wiatry odczuwa się inaczej. Dlaczegóż? Po pierwsze, oczekiwania, no ja tu nawet parasola nie zabrałam, przecież w Australii nie pada, no nie? Po drugie, bliskość oceanu i zimny wiatr. Po trzecie, brak ogrzewań w większości mieszkań. Moje gniazdko posiada ogrzewanie, i dzięki Bogu rachunki są wliczone w czynsz. Choć nie gwarantuję, że mój landlord nie dostanie zawału serca kiedy zobaczy rachunek za dmuchawę w moim pokoju.
Ostatnimi czasy więc skupiam się na atrakcjach w krytych pomieszczeniach. Mieliśmy ostatnio w Sydney Vivid Festival: podświetlone budynki w Zatoce i fajne koncerty w Operze. Szkoła moja też zgotowała mi niezły festiwal jadła i napitku, za który oczywiście byliśmy odpowiedzialni w ramach zaliczenia jednego z przedmiotów. No i znalazłam cudowne lekarstwo na zimowe dni - dobrze nam znane - grzane wino, którym muszę się szybko cieszyć, bo uciekam na północ już niedługo, a tam pustynia, słońce i grzanego wina na pewno nie dostanę.

Szkoła businessu uczy nas, że...

...zarobione pieniążki trzeba inwestować w dobry humor (czyt. piwo)
Byłam w Operze, artystka rockowa - Karen O chyba wzięła sobie do serca konwencje, bo było dość operowo...

...ale jakże fantastycznie!

No i te wszystkie światła: 
http://www.youtube.com/watch?v=KMsi-uGT2sI&sns=fb