piątek, 17 kwietnia 2015

Wilsons Prom

Przede wszystkim musze Was ostrzec, ze czas polskich znakow na blogu sie skonczyl. Moj komputer (komputer to moze za duzo powiedziane) moj komputerek umarl, a wraz z nim ogonki, ukosniki i te wszystkie inne. Ale do rzeczy. 

Zeby rozwiac wszelkie watpliwosci, ilosc przygod w naszym misiowatym zyciu nie jest duza, ale od czasu do czasu cos nam sie udaje wymyslic. Wiec pewnego razu wymyslilismy wycieczke do pieknego Parku Narodowego - Wilsons Promontory. Szesc osob, dwa samochody, trzy godziny drogi, i duzo, duzo rozmaitych sprzetow i roznosci. 

Do Parku zajechalismy w nocy. Planistnicznie nie byla to najbardziej udana operacja, ale ile dzikiej zwierzyny zobaczylismy to juz nasze: kangury, wombaty, koala, emu. Z predkoscia 30 kilometry na godzine jakos w koncu zajechalismy i po omacku rozlozylismy namioty. 

Ruch jak w kieleckim, mostwo turystow, dzieci placzace, mlodziez imprezujaca po nocach, no po prostu kojacy czas z natura. Po przebudzeniu zrozumialam dlaczego miejsce jest tak szalenie oblegane. Wilsons Prom (taki skrot tutaj przyjeli) jest pigulka wszelakich mozliwosci przy pieknych pejzarzach. Chcesz surfowac, prosze bardzo masz szerokie plaze z wyokimi falami. Chcesz sie powspinac, nisko, wysoko, prosze bardzo przeroznych tras masz tutaj do woli. A przy tym toalety gesto ustawione, sklep, autobus, infrastruktura jak w malym miasteczku. 

Tak wiec wmieszalismy sie w mase turystow i troche poplazowalismy, troche sie powspinalismy, troche nic nie robilismy - to oczywiscie moja ulubiona czesc. Oj, teraz musimy przetrwac zime, i juz niebawem znowu bedziemy biwakowac. Jeszcze tylko pol roku:)



Cala brygada

Moj pierwszy raz z emu
Moj pierwszy raz z wombatem, ktory wkradal sie do namiotu
Zwroccie uwage na tego dziwaka, co probuje zepsuc zdjecie
Troche grubo mi reka wyszla, aaaa, to chyba nie wyszla, tylko taka jest...