wtorek, 27 stycznia 2015

Aireys Inlet

Pisałam już trochę o naszej plażowej destynacji. Na początku słynnej Great Ocean Road mieści się mała mieścina Aireys Inlet. Jakiś traf szczęścia sprawił, że nie jest to jeden z tych głośnych kurortów. Wręcz przeciwnie, mieszka tam wielu artystów, malarzy i lokalnych emerytów. A w weekendy i my! Opis za bardzo nie odda klimatu, po prostu trzeba przyjechać i doświadczyć! 

Oto domek letniskowy, trochę bardziej w buszu niż na plaży

Różne ujęcia łódki
Na stawie
Na lądzie
Na święta zaprosiliśmy moich znajomych

I graliśmy w bule
Lepiliśmy pierogi
A potem to już wiadomo

A na bocznej dróżce napotkaliśmy kangury

Takie bajery




Wakacje

W Australii wszystko dzieje się w okresie grudniowo - styczniowym. Przez wszystko rozumiem: święta, wakacje szkolne, przeceny, lato! No kumulacja szczęścia po prostu! Miasta trochę wymierają, a kurorty się zapełniają.

Tak więc i my pod koniec grudnia uciekliśmy na tydzień. Najpierw relaksing świąteczny, później relaksing podróżniczy. Pierwszym celem podróży była stolica! W przeciwieństwie do większości stolic na świecie, Canberra nie jest ośrodkiem kulturowo - biznesowym. Tak to się kończy kiedy na centrum kraju wybiera się sztucznie powstałe miasto. Ale co zrobić kiedy dwa inne nie mogły się zgodzić (to nie żart, Canberrę zbudowano i stworzono tam centrum polityczne, ponieważ wybór pomiędzy Sydney a Melbourne był za trudny). Zwiedziliśmy parlament, muzeum wojny, park i czmychnęliśmy z tego miasta - widma, gdzie ludzi na ulicach nie widać.

Później, trochę na ślepo pojechaliśmy pod namioty. Adama siostra pożyczyła nam samochód z darmową benzyną i tak sobie jeździliśmy po mało turystycznym południowym wybrzeżu. Spaliśmy gdzie zajechaliśmy, zawsze w głębi lasu lub parku narodowego. Państwowe kempingi dostępne są w każdym zielonym obszarze, czasami źle oznaczone, czasami zaludnione, czasami przy samej plaży, czasami nad jeziorem. Za nocleg płaci się leśniczemu, ale on nie zawsze pojawia się w czas, więc koniec końców spaliśmy za darmo.

Ostatni dzień podróży, który przypadł na Sylwestra, dość spontanicznie spędziliśmy ze znajomymi rodziców Adama na Wyspie Raymond. Byliśmy tak podekscytowani łóżkiem, prysznicem, ciepłym jedzeniem, że Sylwestra z 60-latkami wydawało się wymarzoną imprezą. Nasze pragmatyczne podejście opłaciło się jednak, bo wyspa okazała się siedliskiem misi koala. Takie słodziaki na Nowy Rok!


I kto się lepiej prezentuje?


Muzeum wojny



Ok,nie zawsze udało się znaleźć kemping

Znalazłam kran!!!

Wyspa Raymond
 
Noworoczny spacer