środa, 22 lutego 2012

Muuuuzycznie


Czekałam na wpis o muzyce dość długo, czekałam na jakiś przełom, odkrycie super australijskiego zespołu, słuchanie australijskich płyt w kółko. Ale się nie doczekałam. Podzielę się więc tym, co znam. Co pozytywne jednak, znalazłam przyjazną stację radiową o brzmiącej znajomo nazwie - FBI. http://www.fbiradio.com/
Dalej, znalazłam też jedną dobrą hip-hopową formację – Hermitude. Oni pochodzą z Gór Błękitnych, ale to już chyba jasne, że tam mieszkają nasi ludzie.
Zupełnie inny klimat, ale ten sam region - Jeff Lang.
Przy kolejnej artystce potrzebna jest cierpliwość, ale warto wytrwać, bo ta Pani zna się na rzeczy.
No a tu macie coś bardziej mainstreamowego – The Could Control.

Tak w ogóle mamy teraz w Australii sezon koncertowy. Po sprawdzeniu listy koncertów na okres styczeń – marzec, byłam pod wrażeniem: PJ Harvey, Fleet Foxes, Erykah Badu, i wielu wielu innych. Jednak zweryfikowanie cen i dostępności biletów (większość już dawno wyprzedana) trochę ochłodziło mój zapał. Ale muszę się pochwalić, że poszerzam horyzonty i miałam przyjemność bawić się na koncercie – Roxette! Do ostatniej minuty modliłam się, żeby mój kuzyn, bo to on dysponował tymi darmowymi – magicznymi biletami, zapomniał, albo odechciało mu się. Nic z tych rzeczy się nie wydarzyło, więc udałam się do wielkiej hali koncertowej na wielki koncert. Kilka drinków i poczucie humoru ubarwiły wieczór na tyle dobrze, że przez cały tydzień chodzi mi po głowie: Listen to your heart

Moja koncertowa ekipa, co ta muzyka robi z ludźmi?:p 

sobota, 18 lutego 2012

Zmiany, zmiany, zmiany

Porzuciłam przyplażową pracę na rzecz bardziej efektywnego/ zarobkowego zajęcia. Branża pozostała ta sama, zmieniłam miejsce, a nawet dwa miejsca. Zasadniczo mam teraz dwie pracę, jedną w takim zdrowym MacDonaldzie, robię tam tosty, kanapki, i takie tam. Tempo jest super szybkie, czuję się jak automat wykonując te same zajęcia każdego dnia, dokładnie o tej samej porze. Przygotowywanie tostów idzie mi coraz sprawniej, czuję się jakbym grała intensywnie w jakąś grę komputerową, bo kiedy zamykam oczy widzę proces przygotowywania tostów. Ale gwarantują stałą liczbę godzin w dniach biurowych przedpołudniem, plus płacą więcej niż na Bondi, więc łatwiej mi jest cokolwiek zaplanować i połączyć z innymi zajęciami. Natomiast druga praca działa tylko w trybie dorywczym, 2-4 razy w tygodniu, wieczorami w pobliskiej bawarskiej restauracji, w której panuje niemiecki porządek i przaśna atmosfera. Pracuję tam razem z moją współlokatorką, co wzmacnia poczucie swojskości. Kolejny raz okazało się, że znalezienie pracy w Sydney nie jest trudne, zajęło mi to około dwóch dni. Trudno jednak o coś dobrze płatnego i w dobrych warunkach. W mieście jest tylu backpackerów, międzynarodowych studentów, imigrantów, że pracodawcom łatwo zatrudniać ludzi poniżej minimalnej stawki w niewolniczych warunkach. Cała ta maskarada z poszukiwaniami, i przeróżne opowieści moich znajomych o chorych psychicznie szefach, pracy na czarno i bez dni wolnych trochę psują mój obraz ziemi obiecanej, za którą Australia uchodzi na świecie.

czwartek, 16 lutego 2012

SENnnie i prasko

Aktualność z warszawsko-praskiego życia lokalnej społeczności, bliskiej (tak nam się zdaje) sercu Manarczykowemu. Ponieważ sroga zima nadeszła, postanowiliśmy przenieść się do piwnicy. Tym razem wieczór był spokojniejszy. W sumie to nic ciekawego się nie wydarzyło...

Kasia i Borzena standardowo okazywały sobie sympatię:


Borzena lubi każdego - Magdę też lubi:

 


Swoją obecnością zaszczycił nas Adam. Borzena: "Miałeś przyprowadzić przyjaciół nie rodzinę"



Tańce były dość intesywne:


a w międzyczasie:
- Borzena wyrwała jakieś ciacho:


chociaż potem kazała mu wy......ć:


- Kasia została fanką Legii:


i odtańczyłyśmy specjalny taniec na stole dla Manarczyka (zastanawiająca ta ręka w kieszeni):



Jak twierdzi Borzena Adam był zachwycony Snem Pszczoły:


Na koniec chyba jednak się polubiły:


koniec historii z życia praskiej ludności:


niedziela, 12 lutego 2012

Australian Day

Jest to najważniejsze święto w Australii, przypada 26go stycznia, ludzie chełpią się swoją wyjątkowością, otwartością i dobrze prosperującą gospodarką. W rzeczywistości jest to kolejna okazja do alkoholizowania się i odpoczywania. Maluje się flagi na buziach i innych częściach ciała, wywiesza się flagi na domach i samochodach. No i miasto organizuje też pokaz fajerwerków, w innym miejscu niż na sylwestra, w Darling Harbour, o którym pisałam już wcześniej. Trzeba przyznać, że w Sydney lubią sztuczne ognie, i znają się na rzeczy. Pozytywne wrażenie zostało też pewnie wsparte brakiem oczekiwań, no bo co może przebić sylwestra? W tym roku wydarzyło się jednak coś szczególnego: zaatakowano panią premier. Kobitka jadła sobie spokojnie obiad w restauracji, a wszyscy wiemy jak ważne jest spokojne jedzenie, kiedy zaatakowali ją protestujący z namiotu aborygenów. Do końca nie rozumie, konszachtów politycznych, wierzcie mi, nudne są jak choliba, nikt się nie wyzywa, nikt nie przeklina, nie ma to jak w Polsce. W każdym razie, wywiązała się niezła afera, zaczęto nawet powątpiewać w spójność i szczęście Australii. No w końcu przejrzeli na oczy...






 


czwartek, 9 lutego 2012

coca cola

Super pomysł, pewnie ściągnięty z innego kraju, ja bynajmniej tego wcześniej nie widziałam. A spotykam je wszędzie: butelki i puszki coca coli z różnorodnymi napisami/ imionami. Najważniejszym napisem jest oczywiście ten ze słynnym australijskim MATEM. Zresztą podziwiajcie.