Porzuciłam przyplażową pracę na rzecz bardziej efektywnego/ zarobkowego zajęcia. Branża pozostała ta sama, zmieniłam miejsce, a nawet dwa miejsca. Zasadniczo mam teraz dwie pracę, jedną w takim zdrowym MacDonaldzie, robię tam tosty, kanapki, i takie tam. Tempo jest super szybkie, czuję się jak automat wykonując te same zajęcia każdego dnia, dokładnie o tej samej porze. Przygotowywanie tostów idzie mi coraz sprawniej, czuję się jakbym grała intensywnie w jakąś grę komputerową, bo kiedy zamykam oczy widzę proces przygotowywania tostów. Ale gwarantują stałą liczbę godzin w dniach biurowych przedpołudniem, plus płacą więcej niż na Bondi, więc łatwiej mi jest cokolwiek zaplanować i połączyć z innymi zajęciami. Natomiast druga praca działa tylko w trybie dorywczym, 2-4 razy w tygodniu, wieczorami w pobliskiej bawarskiej restauracji, w której panuje niemiecki porządek i przaśna atmosfera. Pracuję tam razem z moją współlokatorką, co wzmacnia poczucie swojskości. Kolejny raz okazało się, że znalezienie pracy w Sydney nie jest trudne, zajęło mi to około dwóch dni. Trudno jednak o coś dobrze płatnego i w dobrych warunkach. W mieście jest tylu backpackerów, międzynarodowych studentów, imigrantów, że pracodawcom łatwo zatrudniać ludzi poniżej minimalnej stawki w niewolniczych warunkach. Cała ta maskarada z poszukiwaniami, i przeróżne opowieści moich znajomych o chorych psychicznie szefach, pracy na czarno i bez dni wolnych trochę psują mój obraz ziemi obiecanej, za którą Australia uchodzi na świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz