piątek, 16 marca 2012

Kings Cross

Miejsce bliskie mi w sensie dosłownym (7 minut spacerkiem) i w sensie metaforycznym (jakoś przyciąga mnie ta menelskość, intensywność & rozbebłanie). Punktem centralnym jest wielki znak coca-coli (już po raz drugi wspominam tę markę na naszym blogu, powinni zacząć nam płacić za promocję), przy którym wszyscy się spotykają. W okolicach mieszka wielu backpackerów, więc można tam znaleźć wszystko czego dusza zapragnie: całodobowe sklepy, bary, tani sprzęt (ostatnio nabyłam cacko jak się patrzy – telefon Alcatel One Touch 112 – nawet nie wiedzieliście, że jeszcze takie produkują!). Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy i zmierzyć się z faktem, że dobrej opinii to miejsce nie ma w całej Australii. No, ale: hulaj duszo, piekła nie ma:) 





Ostatnio piłam alkohol z dzbaneczka na herbatę, przedziwne uczucie:p
Oto dlaczego nie wrzucam tu swoich zdjęć. Normalnych po prostu nie mam:)

3 komentarze:

  1. Manaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaar :):) !!

    OdpowiedzUsuń
  2. jak to? a jak normalne niby wyglądają? hmm...pewno na normalnych są normalni ludzie? :P;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na normalnych ludzie pewnie nie pozują a la pingwin, czy cokolwiek to jest:p

      Usuń