Wielkanoc jak większość
świąt w większości zachodnich państw, tak i w Australii, jest okazją do
odpoczynku, picia i obżarstwa. Jakkolwiek, Polska przejmuje zachodnie
zwyczaje, nie ulega wątpliwości, że jesteśmy przywiązani do naszych tradycji:
świecenia szynki, niedzielnego żurku i mokrych ciuchów na dyngusa.
Australijczycy nie celebrują żadnych konkretnych tradycji wielkanocnych, no
może poza szukaniem czekoladowego królika w ogródku. Istnieje jednak kilka
zwyczajów, które są zastanawiające i godne uwagi. Otóż, dni wolne od pracy to:
Wielki Piątek i Wielkanocny Poniedziałek. Największy akcent kładzie się
zdecydowanie na piątek. Zamknięta jest większość sklepów, w tym największe
supermarkety, co tu nie zdarza się często. A po godzinie 22.00 nigdzie (włączając
bary i restauracje) nie można kupić alkoholu. Pracując tego wieczoru pierwszy
raz spotkałam się z tak agresywną reakcją tak wielu klientów. Dla mnie
to raczej zrozumiałe, człowiek może się przecież nieźle sfrustrować w obliczu niemożności
zdobycia alkoholu:) W pozostałe dni konsumpcyjna maszyna wraca do normy, a w
sobotę po dniu ograniczeń szaleństwo i imprezowanie nabiera nawet większego
tempa niż zwykle, tak mi się przynajmniej wydawało na Kings Cross. Zaniedbując
większość polskiego dorobku kulturowego w postaci wielkanocnych mazurków, bab
i białej kiełbasy, udało mi się przemycić jedną tradycję – malowanie jaj.
Mobilizacja drużyny trwała dni kilka, pierwsze podejście skończyło się w
słonecznym ogródku piwnym, ale summa summarum, udało się. Jaja wyszły piękne i
kolorowe, i chyba od czasów dzieciństwa nie przyniosły mi takiej frajdy jak tu,
za wielką wodą:)
piątek, 27 kwietnia 2012
czwartek, 26 kwietnia 2012
CBD
CBD jest skrótem od central business district. Jak sama nazwa wskazuje do centrum miasta jeździ się w interesach, a nie dla zabawy. Częściowo jest ono zamieszkane, głównie przez Azjatów, którzy skupiają się w China Town. Jednak w większości mieszczą się tam wieżowce, biura i urzędy. Wraz z tłumem mężczyzn i kobiet ubranych w garnitury i garsonki codziennie rano udaję się do CBD w ramach pracy tostowniczej. Mogę nawet zażartować, że drapacze chmur to ja poznaje od kuchni:) Nie omieszkałam oczywiście dokonać pewnych generalizacji na temat ludzi businessu, a oto i one:
1. Około 80% ludzi skupionych wokół stacji Martin Place, gdzie mieści się większość biur, wystrojonych jest w eleganckie ciuszki. Kolejne 15% udaje się do pracy w szortach/ dresach (ten odsetek po prostu biega/ szybko spaceruje do pracy), wielu z nich trzyma w rękach wieszaki z wyprasowanymi koszulami/ marynarkami. Pozostałe 5% wygląda normalnie, choć może to przesadne stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że ja też włączam się do tej grupy.
2. Kiedy wydostaję się z podziemnego peronu stacji pociągu, bardzo często jestem pierwszą lub jedyną osobą, stojącą na ruchomych schodach. Reszta po prostu człapie po tych długaśnych schodach, nie wiem czy to dla zdrowia czy oszczędności czasu. Próbuję być jednak niewzruszona i powtarzam moją nową życiową dewizę: za chodzenie to mi tu płacą, więc nie ma co na darmo /za darmo nadrabiać drogi.
3. Ludzie biur spędzają dużo czasu w naszej eleganckiej kantynie.
Większość osób przychodzi tam kilka razy dziennie: najpierw po tosty,
kawę; potem drugą kawę; później mamy już lunch; no a po lunchu wiadomo:
deser. Ludzie tostów znają ludzi biur: znamy ich imiona i zamówienia.
Ludzie biur lubią zamawiać codziennie to samo o tej samej porze, ludzie
biur nie lubią codziennie powtarzać swojego zamówienia, więc ludzie tostów
ćwiczą swoją pamięć. Ludzie biur chyba lubią czuć się szczególni, a może nie chce im się powtarzać tego samego w kółko. Ludzie biur są piękni, smukli i dobrze wychowani. Ludzie
biur udają, że nie znają ludzi tostów poza kantyną, a może to ludzie
tostów udają...
![]() |
| Ludzie tostów na festiwalu jedzenia:) |
| CBD nocą |
sobota, 7 kwietnia 2012
Rutynowo
Ostatnimi czasy zaniedbałam trochę naszego bloga, nie wynika to jednak z lenistwa, no może trochę, ani z utracenia potrzeby kontaktu z Polską. Przyczyna leży gdzie indziej, a mianowicie w nudzie. Codzienność w Sydney stała się rutyną, utrzymaną w rydzach skrupulatnie celebrowanymi zwyczajami. Więc mam już swoje poranki z ulubioną kawą na wynos, ciężką pracę do godziny 15.30, popołudniową szkolę albo drugą pracę. Jest też czas relaksu: poniedziałki/wtorki są głównie kinowe (mamy wtedy tańsze bilety, nawet o połowę), inne momenty niepracownicze przeznaczam na spotkania ze znajomymi, a także, tego się nie spodziewaliście: na picie:) Czasami kiedy pogoda jest łaskawa, a ostatnio nie możemy narzekać, idę się poplażować, lub posiedzieć w ogródku Sophii. Sobotnie/ niedzielne poranki mam wolne, wtedy też w mieście organizują targi w poszczególnych dzielnicach. Na targach można kupić ciuchy, biżuterię, klamoty, pamiątki, blaszane zegarki, pierzaste koguciki, ale piernika z chaty nie widziałam. Jest też pub, w którym kończą się wszystkie pijackie eskapady, taki znienawidzony, ale zawsze pod ręką, gdzie spotykasz zawsze tych samych ludzi. Jest też hostel, w którym pracuje moja koleżanka, i w którym czasami można się pobujać. W sumie, dużo się tu dzieje, i intensywnie się żyje, ale nic innego niż w domu, stąd ten brak relacji.
| Śniadanie przy plaży |
| A później podziwianie widoków |
| Hostelowe życie |
| Tak, poróbmy sobie zdjęcia w toalecie... |
| Albo w drodze do toalety |
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
