Wielkanoc jak większość
świąt w większości zachodnich państw, tak i w Australii, jest okazją do
odpoczynku, picia i obżarstwa. Jakkolwiek, Polska przejmuje zachodnie
zwyczaje, nie ulega wątpliwości, że jesteśmy przywiązani do naszych tradycji:
świecenia szynki, niedzielnego żurku i mokrych ciuchów na dyngusa.
Australijczycy nie celebrują żadnych konkretnych tradycji wielkanocnych, no
może poza szukaniem czekoladowego królika w ogródku. Istnieje jednak kilka
zwyczajów, które są zastanawiające i godne uwagi. Otóż, dni wolne od pracy to:
Wielki Piątek i Wielkanocny Poniedziałek. Największy akcent kładzie się
zdecydowanie na piątek. Zamknięta jest większość sklepów, w tym największe
supermarkety, co tu nie zdarza się często. A po godzinie 22.00 nigdzie (włączając
bary i restauracje) nie można kupić alkoholu. Pracując tego wieczoru pierwszy
raz spotkałam się z tak agresywną reakcją tak wielu klientów. Dla mnie
to raczej zrozumiałe, człowiek może się przecież nieźle sfrustrować w obliczu niemożności
zdobycia alkoholu:) W pozostałe dni konsumpcyjna maszyna wraca do normy, a w
sobotę po dniu ograniczeń szaleństwo i imprezowanie nabiera nawet większego
tempa niż zwykle, tak mi się przynajmniej wydawało na Kings Cross. Zaniedbując
większość polskiego dorobku kulturowego w postaci wielkanocnych mazurków, bab
i białej kiełbasy, udało mi się przemycić jedną tradycję – malowanie jaj.
Mobilizacja drużyny trwała dni kilka, pierwsze podejście skończyło się w
słonecznym ogródku piwnym, ale summa summarum, udało się. Jaja wyszły piękne i
kolorowe, i chyba od czasów dzieciństwa nie przyniosły mi takiej frajdy jak tu,
za wielką wodą:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz