wtorek, 17 lipca 2012

Środeczkiem

Znajomość ze Szkotem i jego jeepem przydała się na dłuższą metę, moja koleżanka poleciała do Melbourne, stamtąd już na dobre do domu, a ja wyruszyłam w stronę dalekiej północy dzieląc mój los z dwoma mężczyznami – wspomnianym kierowcą i jego kolegą. Integracja naszej wycieczki szła marnie. Mimo wszystko podróż poszła gładko, komfortowo, bez dramatów, ale i bez ekscytacji. Droga przez środek Australii jest bardzo monotonna, widoki prawie się nie zmieniają, no może delikatnie wysokość traw. Na trasie 1500 kilometrów dzielących Alice Springs i Darwin napotyka się kilka miasteczek. Warto wiedzieć, że w outbacku turystów straszy się opowieściami o zaginionych autostopowiczach, morderstwach i gwałtach. W jednym z przydrożnych miasteczek – Tennant Creek, w którym zatrzymaliśmy się na noc nastrój horroru można było poczuć na własnej skórze. Hostel brudnawy, ptaki w klatkach, większość gości w starszym wieku, część na wózkach inwalidzkich, no i nocne krzyki dochodzące z miasta. W innej mieścinie znaleźliśmy wielkie napisy na stacji benzynowej: stop przemocy w rodzinie, alkohol nie jest dobrym rozwiązaniem. Jeszcze coś na temat stacji benzynowych. Drogi są długie, miasteczek i wiosek mało, stacji benzynowych tudzież, trzeba więc się dobrze zaopatrzyć. Na naszej trasie nie było najgorzej, w końcu była to autostrada. Ale słynne są opowieści o ludziach, którzy w outbacku czekali z zepsutym samochodem czy brakiem benzyny dzień lub dwa na inny przejeżdżający pojazd. Bo warte uwagi jest również, że telefoniczny zasięg w głębi kraju jest rzadkim zjawiskiem. Więc radź sobie Panie sam. Z mojego punktu widzenia takie miejsca są oczywiście atrakcyjne, ale jakoś reszta drużyny szybko chciała stamtąd uciekać. No więc po trzech dniach podróży w końcu dotarliśmy do Darwin. 

NT Maps - Northern Territory Map
Często napotykane na trasie pożary łąk

 Jeep i jego właściciel

Nawet na małym ranczu na prerii coca cola zawsze obecna


Po drodze mijaliśmy stacje różnego rodzaju


Przystanek w celach odświeżenia w Matarance

Tak, tak, krokodyle mogły się pojawić, ale jakoś mnie nie pożarły   

środa, 11 lipca 2012

Alice Springs


Po pustynnych przygodach, w drugim co do wielkości mieście Terytorium Północnego modliłam się tylko o łóżko i ciepły prysznic. Znalazłyśmy więc przytulny hostel i mogłyśmy się wyspać do woli. Australia trochę psuje mój wizerunek hosteli, który wyniosłam z Europy. Ilość podróżników jest tutaj przeogromna, nie dziwni więc, że ciężko o dobry standard w dobrej cenie. Dlatego też nie zdziwiłyśmy się, że nasz tani i miły hostel miał pewien haczyk – zwariowanego właściciela. Udało nam się jednak znaleźć wicht i opierunek w australijskim mieszkaniu poprzez couch surfing i wyluzować się w Alice prze dni kilka. Samo miasto nie dostarcza zbyt wielu atrakcji. Znalazłyśmy znudzonego Szkota, który poobwoził nas po kolejnych skałach i parkach narodowych swoim jeepem z napędem na cztery koła. Dopingowaliśmy wyścigi motorów z Australijczykami kempingującymi przy trasie wyścigów. Oglądaliśmy filmy i dyskutowaliśmy wiele o problemach ludności tubylczej. A problemów jest co nie miara. 

Wszyscy znamy schemat kolonizacji: biali przyszli, zabrali ziemię, powybijali tubylców, resztę sobie podporządkowali i kazali im żyć na swoją modłę. W Australii nie było inaczej (z ciekawostek: pierwsi kolonialiści byli w większości brytyjskimi skazańcami). Co różni jednak Australię od państw o podobnej historii jest ekstremalnie widoczne wykluczenie Aborygenów. Na północy kraju tubylców widzi się na ulicach, w parkach, wielu z nich pijanych, krzyczących, bez butów, w obskurnym odzieniu. Biali omijają ich wielkim łukiem, narzekając na ich lenistwo, nieporadność życiową, wygląd. Jest też grupa entuzjastów aborygeńskiej kultury; ludzi interesujących się tubylczymi tradycjami, sztuką, wierzeniami, próbującymi znaleźć i zrozumieć przyczynę owego marazmu. Najprostsze wytłumaczenie brzmi: Aborygeni nie radzą sobie z kulturą zachodu – łatwą dostępnością alkoholu, innym sposobem żywienia (według naszego przewodnika, to właśnie w tej grupie etnicznej istnieje największy odsetek ludzi z cukrzycą) i o ironio: państwowym wsparciem finansowym. W ramach zadośćuczynienia bowiem australijski rząd wspiera tubylców gwarantując im państwowe mieszkania, zasiłki, stypendia. Może system ten działa lepiej w zamkniętych społecznościach, gdzie dostęp białego człowieka jest ograniczony (np. ogromny obszar Arnhem Land na północnym wschodzie, do którego wstęp jest możliwy tylko z wcześniej uzyskaną zgodą). Ale w większości miast zderzenie cywilizacji jest smutne. W Alice słyszy się dużo o niebezpieczeństwach związanych z agresywnymi Aborygenami. Nawet Biblia podróżników – przewodnik Lonely Planet wspomina: nie spacerować po zmierzchu! Życie na Pradze Północ nauczyło mnie jednak lekceważyć takie przestrogi i raz czy dwa taki spacer odbyłam. Choć nie spotkało mnie tam nic złego, muszę przyznać, że momentami czułam się nieswojo. 

 Styl życia w outbacku trochę różni się od wybrzeżnego

 Ale tylko trochę, bo mężczyźni jak to mężczyźni zawsze interesują się motocyklami

Kolejna skała

I jeszcze jedna itp. itd.



wtorek, 10 lipca 2012

Czerwonoziemy


Dokoła wszystko jest czerwone. Ziemia jest czerwona, skały są czerwone, czerwonych ludzi także więcej. Nieprzypadkowo więc miejsce to zowie się Czerwonym Centrum. Podróżowanie po Australii zaczęłam od zorganizowanej wycieczki po pustyni. Spanie na zimnej ziemi, wstawanie o 5 rano, wdrapywanie się na różne skały urozmaiciło trochę prozę życia. Przyleciałam bezpośrednio do Ayers Rock, gdzie nasz przewodnik, kierowca, kucharz odebrał mnie z malutkiego lotniska i dołączył do grupy roześmianych, młodych backpackerów, w większości niemieckiej rasy. Nie powiem, żebym była nastawiona pozytywnie na integracje i podporządkowanie się rządom obcego kolesia, no ale w końcu zapłaciłam z moją ekswspólokatorką za posmakowanie życia na łonie natury, więc wyboru nie miałam. Dostępność pewnych obiektów na terenie outbacku (do tej kategorii zalicza się miejsca oddalone od wybrzeża, w większości leżące w odosobnieniu) jest utrudniona bez samochodu. Dlatego też zdecydowałyśmy się na wycieczkę zorganizowaną przez biuro turystyczne. 

Słynna góra przysparza wiele kontrowersji. Zasadnicze pytanie brzmi: wspinać się czy nie wspinać. Ludność tubylcza (jak dowiedziałam się na Północy nazywa Aborygeni jest dla nich obraźliwa) wierzy w magiczność Urulu, dlatego też uprasza się turystów do pozostawienia skały w spokoju. Wielu z nich jednak nie daje za wygraną i zdobywa ten szczyt, podobno każdego roku ktoś umiera tam na atak serca. Oczywiście mnie nie trzeba było długo przekonywać do bierności, szczególnie, że perspektywa kolejnych wypraw w regionie brzmiała dość intensywnie. Najtrudniejszy podczas wyprawy nie był jednak wysiłek fizyczny, ale zimno. Pustynia jak to pustynia: gorąca w dzień i zimna w nocy. W centralnym regionie Australii notuje się największe różnice temperatur pomiędzy dniem i nocą, a doświadczenie tego na własnej skórze nie należy do najprzyjemniejszych (w naszą najzimniejszą noc temperatura spadła do 2 stopni Celsjusza). Spaliśmy na ziemi w słynnych australijskich swagach (grubych, zwijanych materacach), no i oczywiście wszystkich ubraniach. Mimo wszystko zimno nie pozwoliło na zmrużenie oka (no może na trochę dopóki ognisko się tliło), więc pobudka o 5 rano w celach obejrzenia wschodu słońca dwa dni pod rząd była wręcz wybawieniem. Kolejne dwa dni oglądaliśmy Kata Tjutę i Kings Canyon. I choć wszystkie widoki były przecudne, to w pamięci pozostanie mi głównie uczucie powolnego ogrzewania organizmu po przyswojeniu pieczonych ziemniaków i czerwonego wina. Nauczka na dalsze podróże: przyjaznych warunków do życia proszę szukać w australijskich metropoliach, no, ale na pewno nie na pustyni.



Słynne Urulu i my z nim

Kuchnia polowa

Lekcja geologii 

Jak się przekonałam, zaklinanie pogody nie jest moją specjalnością


Fatamorgana? Nie, w Australii też są wielbłądy, sprowadzone kilkaset lat temu przez Europejczyków


Grupa azjatycka na naszej wycieczce zawsze zwarta

Kata Tjuta
Wschód słońca się tli, ale ciągle jakoś zimno, tu w Kings Canyon