poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wyspy

Po ciężkich przeprawach przez Kambodżę wyczekiwaliśmy plaży jak małe dzieci. Jedziemy nad morze, nareszcie! Miejsc plażowych Tajlandia ma co nie miara. Najpopularniejsze są jej bajkowe wyspy, gdzie często ilość turystów przewyższa miejscowych. Największe tłumy podążają na Phuket i Wyspy Phi Phi, które ominęliśmy dalekim łukiem. Naszym pierwszym wyborem była stosunkowo nowo odkryta przez białych wczasowiczów, położona blisko kambodżańskiej granicy górzysta wyspa Koh Chang. W dosłownym tłumaczeniu ‘Wyspa Słoni’ (Chang to też marka najczęściej spożywanego tajskiego piwa). Bardziej przypadkowo niż świadomie trafiliśmy na przeuroczą plażę – Lonely Beach, z palemkami, białym piaskiem i wodą ciepłą jak w wannie. Wynajęliśmy bungalowa, czyli bambusową chatkę i poszliśmy się opalać. Śniadanie na plaży, długie kąpiele, piwko w barze vis a vis morza, bez tłoku, zmartwień, za przystępną cenę (dla przykładu: bungalow 3 osobowy – 50 złotych za noc, tajski obiadek – 10 złotych, wynajęcie skutera – 20 złotych na dobę). Koh Chang to Tajlandia w pigułce: morze, góry, lasy, rybacy, wieśniacy, słonie i małpy. Żeby się jednak stamtąd wydostać kolejny raz odbyliśmy podróż do Bangkoku (ok. 7 godzin), gdzie czekał na nas autobus na południe (kolejne 14 godzin). Tej nocnej podróży nie zapomnę do końca mych dni. Beztroskie spożywanie ulicznego jedzenia w końcu doczekało się konsekwencji w postaci najgorszego rozstroju żołądka jaki można sobie wyobrazić. W końcu zemdlałam, a moja załoga musiała dzielnie dzierżyć me bagaże i poić mnie wodą.
Drugim celem plażowym było zachodnie Wybrzeże Andamańskie ze wspominanym Phuketem uznawanym za raj rozrywkowiczów. Jako naczelni nudziarze udaliśmy się do mniej popularnych okolic Krabi, a konkretnie wioski wczasowej Railay. Tym razem miejscowość urządzona była na bogato: piękne wille wczasowe, spa, baseny, a do tego o wiele drożej i zdecydowanie więcej dzianych Rosjan oraz Skandynawów. Kiedy w końcu ozdrowiałam po przespaniu 20 godzin, zrozumiałam całą ekskluzywność miejsca, bo takie plaże z ogromnymi skałami dookoła nie zdarzają się często. Atrakcyjność Railay wzmożona jest możliwością wspinaczki górskiej, która nawet w wersji light, na którą się zdobyliśmy przyprawiała o zachwyty ze względu na towarzyszące widoki.
Ostatnia na mojej liście, najbardziej różnorodna, położona na wschodnim wybrzeżu wyspa Koh Phangan zasłynęła w świecie z urządzanych raz w miesiącu ‘Imprez Pełnego Księżyca’ (szerzej znanych pod nazwą ‘Fool Moon Party’). Wbrew pozorom nie jest to tajska Ibiza. Tłumy przybywają, ale tylko raz w miesiącu. W pozostałym czasie jest spokojnie, plaż co nie miara, jedne bardziej młodzieżowe, inne bardziej rodzinne. Zbawieniem dla tej wyspy jest jej słaba infrastruktura, wyróżnia się bowiem jedynie małe centrum z kilkoma ulicami handlowymi. Reszta przypomina słabo rozwinięte wioski. Wstydem byłoby jednak nie skorzystać z warunków imprezowych, tym bardziej, że okazja też trafiła się szczególna. Spotkałam się ze znajomym z Europy, który akurat przez 2 miesiące pracował w Tajlandii niedaleko naszego Koh Phanganu. Spotkanie przypieczętowaliśmy imprezą w basenie, na której przehulałam buty, kolczyka, a na koniec uszkodziłam sobie rękę. Jednak woda, alkohol, muzyka i młodzi, opaleni turyści to dla mnie za dużo na jeden wieczór. No cóż, starość nie radość.     

Koh Chang - śniadanie


Nasz bungalow





Railay





Wspinaczka w wersji light 




Okolice Koh Phangan






środa, 20 marca 2013

Angkor

Dla wielu turystów w Kambodży ruiny świątyń Angkoru położone 4 kilometry od miasta Siem Reap są jednym celem podróży w tym kraju. W globalnym ujęciu jest to topowa atrakcja turystyczna. Zrozumiałam całe szaleństwo kiedy tylko po raz pierwszy ujrzałam zachodzące słońce nad ruinami. Wschód zrobił jeszcze większe wrażenie. Choć muszę przyznać, że po ośmiu godzinach zwiedzania w upale na rowerze miałam już dosyć tych murów! Zakupiliśmy jednodniowy bilet wstępu za 20 dolarów, który można było wykorzystać już dnia wcześniejszego po godzinie 17.00, próbowaliśmy więc sprężyć się niemiłosiernie i zobaczyć jak najwięcej, a przy okazji prawie nabawiliśmy się udaru.
Siem Reap zapadł w naszej pamięci nie tylko z powodu świątyń. Po pierwsze primo dzieci. W pewnym momencie zboczyliśmy z popularnej trasy wokół najważniejszych zabytków i dotarliśmy do wioski położonej w przybliżeniu 5 minut od słynnych ruin. Lokalne dzieci szybko wyczuły intruzów i ogonkiem zaczęły za nami podążać na rowerach. Bardzo pomocne, kompetentne zabrały nas do zabytku ulokowanego na skraju wioski. Nauczeni doświadczeniem wyniuchaliśmy, że zbyt sympatyczne podejście, nawet niewinnych dzieci kryje jakąś zasadzkę. Tak i tym razem na koniec podróży dzieci pokazały nam kartkę, tłumaczącą potrzeby szkoły i datków na ich instytucję. Dodatkowo, cwaniaki zaczęły domagać się napiwków za rolę przewodników. Podobnie przebiegało zwiedzanie w całym kraju, w ciągłym poczuciu, że ktoś chciałby nas na coś naciągnąć, w sumie najlepiej na gotówkę.
Może śmieszyć, że rozpisuję się tak intensywnie dywagując nad stratą kilku dolarów, ale skupiam się raczej na uczuciu oszukania, które mnie frustrowało. Kolejnym przykładem jest hostel, ’polecony’ nam przez tuktukarza. Jakoś niefortunnie się złożyło, że w naszej części Siem Reap wysiadł prąd na dwa dni. Zapłaciliśmy podwójną stawkę standardowego pokoju za klimatyzację i ciepłą wodę, której oczywiście zabrakło z powodu awarii. Nie dziwiło nas tak bardzo przepłacenie za ciemny, brudny, głośny, a co najgorsze nieziemsko gorący pokój. Najbardziej dziwiła nas bezczelność obsługi, która wieczorem pod pretekstem ciszy i ciemni oferowała nowym turystom pokoje z pełnym wyposażeniem, pomimo braku prądu. A głupie białasy nawet się nie orientowały…
Na zawsze zapamiętamy też inną szkołę na terenie Angkoru, zasponsorowaną przez naszą Fundację Polsat. Nigdy nie zapomnimy również smaku pizzy ‘Szczęśliwe Zioła’, w której serwowano sami możecie się domyślić co. Zasadniczo, niskich cen i łatwo dostępności marihuany nie można nie wspomnieć. 
Na pewno, przebywanie w turystycznych miejscach i krótki okres naszego pobytu nie pozwoliły na obiektywną ocenę kraju. Wiadomo, że tam gdzie biali, tam i kłopoty. No więc i nam się oberwało za ekspresowe zwiedzanie i turystyczny szlak. Wolę jednak wolniej i więcej, oby jak najczęściej się udawało.    

















Etap: dajcie mi wy wszyscy święty spokój


Nasi 'przewodnicy'

wtorek, 19 marca 2013

Wioski na wodzie

A na wodzie żyją sobie ludzie. Mają tam domy, sklepy, jadłodajnie, nawet boisko im ONZ sfinansowała. Wygląda to o wiele bardziej prowizorycznie niż brzmi. A bieda aż bije po oczach. Dziewięcio godzinną trasę Battambang – Siem Riep przemierzyliśmy na zatłoczonej podłużnej łodzi. O mało jaj nie znieśliśmy od tego siedzenia w upale. Ale dla tych widoków ani minuty obolałego tyłka nie żałuję.  















czwartek, 14 marca 2013

Kambodża

Och co za kraj! Och co za tydzień! Uczucia mam mieszane na całej linii. Po przekroczeniu granicy różnicę rozwojową pomiędzy Kambodżą i Tajlandią widać gołym okiem. Żeby zrozumieć trzeba troszkę postudiować khmerską historię, a szczególnie jej tragiczne momenty. Kambodża przeżyła czas rozkwitu i silnej państwowości w okresie Angkoru, kiedy wybudowano między innymi słynne na całym świecie świątynie. Otoczona jednak silnymi sąsiadami – Tajlandią i Wietnamem ciągle wpadała w jakieś tarapaty: to jedni zagrabili wystrój świątyń, to inni zajęli kawałek lądu. A na dokładkę ok. 35 lat temu Kambodżanie sami sobie zgotowali piekło na ziemi. Mam oczywiście na myśli Czerwonych Khmerów, którzy terrorem przeorganizowali państwo w komunistyczną komórkę. Jak w innych czerwonych państwach zakazano wolności słowa i zlikwidowano własność prywatną. W Kambodży posunięto się jednak o wiele dalej. Ludzi przesiedlono na wsie, gdzie pod przymusem pracowali na roli. Zamknięto szkoły, pocztę, granice. Wszelkie sprzeciwy likwidowano, dosłownie rzecz ujmując. Czerwoni Khmerowie wprawili się w ludobójstwo w masowej ilości i nazistowskiej brutalności – w przeciągu 4 lat ich rządów zginęło 20–25% ludności kraju: część z wyczerpania, część z głosu, część przez tortury, a większość po prostu zabito.
Historię tę poznaliśmy dokładnie dopiero na końcu naszej kambodżańskiej przygody w  Phnom Penh, gdzie ślady ludobójstwo otaczają turystów z każdej strony. Dopiero wtedy nabraliśmy pokory i większego zrozumienia. Do tego momentu trochę się irytowaliśmy. Oto dlaczego.
Już samo przekroczenie granicy było przygodą. Całonocnym autobusem dotarliśmy z Północy  do Bangkoku, skąd skoro świt ruszyliśmy pociągiem do granicy. Później taksówką ze stacji wybraliśmy się na przejście. Taksówki zawiozły nas jednak do podejrzanie odizolowanego biura, które ‘podobno’ było jednym miejscem, gdzie można uzyskać kambodżańską wizę, co było oczywiście blefem. Dalej na pieszo, do prawdziwego biura, czekaliśmy długo w kolejce, proces ten można było przyspieszyć łapówką (w Kambodży łapówki są powszechne), ale my woleliśmy postać. Z granicy dostaliśmy się taksówką do Battambang (koszt 25 dolarów za 2 godzinny kurs). Kolejny dzień spędzony na powolnym przemieszczaniu się.
Co przykuło naszą uwagę to nieustępliwość miejscowych. Jeśli ktoś się do Ciebie przyczepił, co było wielce prawdopodobne kilka razy dziennie, to odczepić się nie chciał. Poczynając od taksówkarzy (co jest dość powszechne w całym regionie, więc nie byliśmy zdziwieni), poprzez ‘doradców’, którzy pojawiają się na każdym przystanku, kończąc na żebrzących dzieciach. O większość cen trzeba się targować, nawet o ceny za nocleg. W wielu miejscach w ogóle nie ma podanych cen (nawet w sklepach spożywczych), płaci się więc na wygląd. Musieliśmy wyglądać całkiem nieźle, bo wszystko wydawało nam się drogie. A może po prostu nie byliśmy przyzwyczajeni do obracania amerykańskimi dolarami, którymi powszechnie płaci się w Kambodży. Jedyny skrajnie tani produkt (już od pół dolara za 0,3 litra) – nasze ukochane piwo – chyba nas ocaliło, bo w sumie nic tak nie uspokaja jak zimne piwko w upalny dzień. 

Pociągiem do granicy...


Przez granicę wszystko da się przewieźć, każdym sposobem

Pierwszy toast na nowej ziemi

Najpopularniejszy miejski środek transportu

U dentysty warunki sterylne



Szkoła przerobiona na więzienie przez Czerwonych Khmerów