czwartek, 14 marca 2013

Kambodża

Och co za kraj! Och co za tydzień! Uczucia mam mieszane na całej linii. Po przekroczeniu granicy różnicę rozwojową pomiędzy Kambodżą i Tajlandią widać gołym okiem. Żeby zrozumieć trzeba troszkę postudiować khmerską historię, a szczególnie jej tragiczne momenty. Kambodża przeżyła czas rozkwitu i silnej państwowości w okresie Angkoru, kiedy wybudowano między innymi słynne na całym świecie świątynie. Otoczona jednak silnymi sąsiadami – Tajlandią i Wietnamem ciągle wpadała w jakieś tarapaty: to jedni zagrabili wystrój świątyń, to inni zajęli kawałek lądu. A na dokładkę ok. 35 lat temu Kambodżanie sami sobie zgotowali piekło na ziemi. Mam oczywiście na myśli Czerwonych Khmerów, którzy terrorem przeorganizowali państwo w komunistyczną komórkę. Jak w innych czerwonych państwach zakazano wolności słowa i zlikwidowano własność prywatną. W Kambodży posunięto się jednak o wiele dalej. Ludzi przesiedlono na wsie, gdzie pod przymusem pracowali na roli. Zamknięto szkoły, pocztę, granice. Wszelkie sprzeciwy likwidowano, dosłownie rzecz ujmując. Czerwoni Khmerowie wprawili się w ludobójstwo w masowej ilości i nazistowskiej brutalności – w przeciągu 4 lat ich rządów zginęło 20–25% ludności kraju: część z wyczerpania, część z głosu, część przez tortury, a większość po prostu zabito.
Historię tę poznaliśmy dokładnie dopiero na końcu naszej kambodżańskiej przygody w  Phnom Penh, gdzie ślady ludobójstwo otaczają turystów z każdej strony. Dopiero wtedy nabraliśmy pokory i większego zrozumienia. Do tego momentu trochę się irytowaliśmy. Oto dlaczego.
Już samo przekroczenie granicy było przygodą. Całonocnym autobusem dotarliśmy z Północy  do Bangkoku, skąd skoro świt ruszyliśmy pociągiem do granicy. Później taksówką ze stacji wybraliśmy się na przejście. Taksówki zawiozły nas jednak do podejrzanie odizolowanego biura, które ‘podobno’ było jednym miejscem, gdzie można uzyskać kambodżańską wizę, co było oczywiście blefem. Dalej na pieszo, do prawdziwego biura, czekaliśmy długo w kolejce, proces ten można było przyspieszyć łapówką (w Kambodży łapówki są powszechne), ale my woleliśmy postać. Z granicy dostaliśmy się taksówką do Battambang (koszt 25 dolarów za 2 godzinny kurs). Kolejny dzień spędzony na powolnym przemieszczaniu się.
Co przykuło naszą uwagę to nieustępliwość miejscowych. Jeśli ktoś się do Ciebie przyczepił, co było wielce prawdopodobne kilka razy dziennie, to odczepić się nie chciał. Poczynając od taksówkarzy (co jest dość powszechne w całym regionie, więc nie byliśmy zdziwieni), poprzez ‘doradców’, którzy pojawiają się na każdym przystanku, kończąc na żebrzących dzieciach. O większość cen trzeba się targować, nawet o ceny za nocleg. W wielu miejscach w ogóle nie ma podanych cen (nawet w sklepach spożywczych), płaci się więc na wygląd. Musieliśmy wyglądać całkiem nieźle, bo wszystko wydawało nam się drogie. A może po prostu nie byliśmy przyzwyczajeni do obracania amerykańskimi dolarami, którymi powszechnie płaci się w Kambodży. Jedyny skrajnie tani produkt (już od pół dolara za 0,3 litra) – nasze ukochane piwo – chyba nas ocaliło, bo w sumie nic tak nie uspokaja jak zimne piwko w upalny dzień. 

Pociągiem do granicy...


Przez granicę wszystko da się przewieźć, każdym sposobem

Pierwszy toast na nowej ziemi

Najpopularniejszy miejski środek transportu

U dentysty warunki sterylne



Szkoła przerobiona na więzienie przez Czerwonych Khmerów





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz