Och co za kraj! Och co za tydzień! Uczucia mam
mieszane na całej linii. Po przekroczeniu granicy różnicę rozwojową pomiędzy
Kambodżą i Tajlandią widać gołym okiem. Żeby zrozumieć trzeba troszkę
postudiować khmerską historię, a szczególnie jej tragiczne momenty. Kambodża
przeżyła czas rozkwitu i silnej państwowości w okresie Angkoru, kiedy
wybudowano między innymi słynne na całym świecie świątynie. Otoczona jednak
silnymi sąsiadami – Tajlandią i Wietnamem ciągle wpadała w jakieś tarapaty: to
jedni zagrabili wystrój świątyń, to inni zajęli kawałek lądu. A na dokładkę ok.
35 lat temu Kambodżanie sami sobie zgotowali piekło na ziemi. Mam oczywiście na
myśli Czerwonych Khmerów, którzy terrorem przeorganizowali państwo w komunistyczną
komórkę. Jak w innych czerwonych państwach zakazano wolności słowa i
zlikwidowano własność prywatną. W Kambodży posunięto się jednak o wiele dalej. Ludzi
przesiedlono na wsie, gdzie pod przymusem pracowali na roli. Zamknięto szkoły,
pocztę, granice. Wszelkie sprzeciwy likwidowano, dosłownie rzecz ujmując. Czerwoni
Khmerowie wprawili się w ludobójstwo
w masowej ilości i nazistowskiej brutalności – w przeciągu 4 lat ich rządów
zginęło 20–25% ludności kraju: część
z wyczerpania, część z głosu, część przez tortury, a większość po prostu
zabito.
Historię tę poznaliśmy dokładnie dopiero na końcu
naszej kambodżańskiej przygody w Phnom
Penh, gdzie ślady ludobójstwo otaczają turystów z każdej strony. Dopiero wtedy
nabraliśmy pokory i większego zrozumienia. Do tego momentu trochę się
irytowaliśmy. Oto dlaczego.
Już samo przekroczenie granicy było przygodą.
Całonocnym autobusem dotarliśmy z Północy
do Bangkoku, skąd skoro świt ruszyliśmy pociągiem do granicy. Później
taksówką ze stacji wybraliśmy się na przejście. Taksówki zawiozły nas jednak do
podejrzanie odizolowanego biura, które ‘podobno’ było jednym miejscem, gdzie
można uzyskać kambodżańską wizę, co było oczywiście blefem. Dalej na pieszo, do
prawdziwego biura, czekaliśmy długo w kolejce, proces ten można było
przyspieszyć łapówką (w Kambodży łapówki są powszechne), ale my woleliśmy
postać. Z granicy dostaliśmy się taksówką do Battambang (koszt 25 dolarów za 2
godzinny kurs). Kolejny dzień spędzony na powolnym przemieszczaniu się.
Co przykuło naszą uwagę to nieustępliwość
miejscowych. Jeśli ktoś się do Ciebie przyczepił, co było wielce prawdopodobne
kilka razy dziennie, to odczepić się nie chciał. Poczynając od taksówkarzy (co
jest dość powszechne w całym regionie, więc nie byliśmy zdziwieni), poprzez
‘doradców’, którzy pojawiają się na każdym przystanku, kończąc na żebrzących
dzieciach. O większość cen trzeba się targować, nawet o ceny za nocleg. W wielu
miejscach w ogóle nie ma podanych cen (nawet w sklepach spożywczych), płaci się
więc na wygląd. Musieliśmy wyglądać całkiem nieźle, bo wszystko wydawało nam
się drogie. A może po prostu nie byliśmy przyzwyczajeni do obracania
amerykańskimi dolarami, którymi powszechnie płaci się w Kambodży. Jedyny
skrajnie tani produkt (już od pół dolara za 0,3 litra) – nasze ukochane piwo –
chyba nas ocaliło, bo w sumie nic tak nie uspokaja jak zimne piwko w upalny
dzień.
 |
| Pociągiem do granicy... |
 |
| Przez granicę wszystko da się przewieźć, każdym sposobem |
 |
| Pierwszy toast na nowej ziemi |
 |
| Najpopularniejszy miejski środek transportu |
 |
| U dentysty warunki sterylne |
 |
| Szkoła przerobiona na więzienie przez Czerwonych Khmerów |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz