Z utęsknieniem wyczekiwaliśmy ucieczki z miasta w
chłodniejsze rejony Parku Khao Yai. Zanim jednak dotarliśmy do słynnych lasów
deszczowych minęło jednak trochę czasu. Nawet Lonely Planet jasno nie wyjaśnia
jak tam się dostać i poruszać bez własnego środka lokomocji. Skończyło się na
lokalnym autobusie z Bangkoku do Pa Chong, czyli miasteczka położonego
najbliżej parku. Stamtąd ruszyliśmy taksówką – ciężarówką do bram wjazdowych
parku, a dalej już autostopem na pole namiotowe. Autostop nigdy nie zawodzi w
procesie bliższego poznania lokalnej kultury. Poznaliśmy między innymi
tłumaczkę języka tajskiego i japońskiego, która mieszkała w parku w swoim
weekendowym domku. Najwięcej zabawy przysporzył nam minivan pełen młodych Tajów
śpiewających karaoke do popowych piosenek (tutaj macie próbkę
http://www.youtube.com/watch?v=pjWSisjXVQQ).
Wpis nieprzypadkowo zatytułowałam dżunglą, bo tak
właśnie tam się poczuliśmy, kiedy pierwszego wieczoru zewsząd zaczęły nas
otaczać małpy, jelenie i jeżopodobne istoty. Kilku godzinny spacer po
otaczających lasach deszczowych dnia następnego tylko utwierdził nas w tym
poczuciu: gęsty las, parna pogoda, odgłosy małp i słoni, których dzięki bogu
nie spotkaliśmy, bo prawdopodobnie by nas zdeptały. Główną atrakcją okazały się
jednak małpy, które wykazały się większym sprytem niż moglibyśmy się spodziewać.
Słyszeliśmy opowieści o wkradaniu się małp do namiotów pod nieobecność
biwakujących, dlatego też zamknęliśmy namioty na kłódkę. Małpki znalazły jednak
na to sposób, bo namioty po prostu rozerwały. Myśleli, że z zachodu, myśleli,
że sprytni, a nawet tajskie małpy okazały się mądrzejsze.
 |
| Małpy na toalecie |
 |
| Przy namiotach |
 |
| Komuś zjadły panadol, komuś gumy do żucia, ale wódka się zachowała |
 |
| Pfff, co tam namiot? Ważne, że Żołądkowa się ostała! |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz