piątek, 22 lutego 2013

Bangkok



Kolejna azjatycka metropolia, kolejne egzotyczne, zatłoczone, brudne i trudne do ogarnięcia miasto. W całym swym szaleństwie Bangkok mnie jednak kompletnie urzekł. Pierwsze co zauważyłam po wylądowaniu to uśmiechy na twarzach Tajów, szczere i zarażające. I choć komunikacja jest kiepsko oznaczona, choć mało kto mówi po angielsku (Tajlandia nie była kolonizowana, więc języki obce nigdy nie były w powszechnym użyciu), choć zgubiłam się tam setki razy to ludzie starają się być prawdziwe pomocni. Hostel dysponuje całym plikiem karteczek po tajsku z najważniejszymi miejscami w mieście, bo bez tajskich znaczków odnaleźć się nie da. Taksówkarze nie do końca wiedzą gdzie jadą, część z nich stara się naciągnąć turystów, szczególnie słynne tuk tuki, w których ceny za przejazd należy ustalić z góry. Ale w całym tym harmidrze lokalni ludzie czuwają nad turystami: ktoś zatrzyma dla ciebie autobus, ktoś przypilnuje żebyś wysiadł w dobrym miejscu, ktoś cię podprowadzi w dobrym kierunku.
Oprócz uroku miasta miałam dodatkową uciechę ze spotkań na szczycie. Kolejny raz widziałam się z moją stałą towarzyszkę podróży - Carole, jedynie na jeden dzień, po którym połączyłam się z moimi braćmi krwi, czyli moją kuzynką Justyną i jej prawie mężem Pawłem. Nie dość, że moja rodzinka przemierzyła pół świata to przywiozła ze sobą Gorzką Żołądkową i Pasztet Podlaski. No i jak tu nie cieszyć się z takich spotkań!
Bangkok zmęczył nas swoją intensywnością, spalinami, turystami. Wynagradza on jednak wszystkie smutki tanim piwem oraz tętniącymi życiem, pełnymi ulicznego jedzenia nocami spędzonymi błądząc gdzieś na ślepo w kolorowym tuk tuku… 







Ogromny leżący Buddha w świątyni Wat Pho




Tuk tuk





Jeden z typowych środków transportu - łodzie


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz