Kolejna azjatycka metropolia, kolejne egzotyczne,
zatłoczone, brudne i trudne do ogarnięcia miasto. W całym swym szaleństwie
Bangkok mnie jednak kompletnie urzekł. Pierwsze co zauważyłam po wylądowaniu to
uśmiechy na twarzach Tajów, szczere i zarażające. I choć komunikacja jest
kiepsko oznaczona, choć mało kto mówi po angielsku (Tajlandia nie była
kolonizowana, więc języki obce nigdy nie były w powszechnym użyciu), choć
zgubiłam się tam setki razy to ludzie starają się być prawdziwe pomocni. Hostel
dysponuje całym plikiem karteczek po tajsku z najważniejszymi miejscami w mieście,
bo bez tajskich znaczków odnaleźć się nie da. Taksówkarze nie do końca wiedzą
gdzie jadą, część z nich stara się naciągnąć turystów, szczególnie słynne tuk
tuki, w których ceny za przejazd należy ustalić z góry. Ale w całym tym
harmidrze lokalni ludzie czuwają nad turystami: ktoś zatrzyma dla ciebie
autobus, ktoś przypilnuje żebyś wysiadł w dobrym miejscu, ktoś cię podprowadzi
w dobrym kierunku.
Oprócz uroku miasta miałam dodatkową uciechę ze
spotkań na szczycie. Kolejny raz widziałam się z moją stałą towarzyszkę podróży
- Carole, jedynie na jeden dzień, po którym połączyłam się z moimi braćmi krwi,
czyli moją kuzynką Justyną i jej prawie mężem Pawłem. Nie dość, że moja
rodzinka przemierzyła pół świata to przywiozła ze sobą Gorzką Żołądkową i Pasztet
Podlaski. No i jak tu nie cieszyć się z takich spotkań!
Bangkok zmęczył nas swoją intensywnością,
spalinami, turystami. Wynagradza on jednak wszystkie smutki tanim piwem oraz
tętniącymi życiem, pełnymi ulicznego jedzenia nocami spędzonymi błądząc gdzieś
na ślepo w kolorowym tuk tuku…
| Ogromny leżący Buddha w świątyni Wat Pho |
| Tuk tuk |
| Jeden z typowych środków transportu - łodzie |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz