piątek, 22 lutego 2013

KL



Noworoczny dzień spędziłam w klimatyzowanym, luksusowym autobusie udającym się do stolicy Malezji. Przekroczenie lądowej granicy zajęło nam kilkanaście minut: najpierw kontrola paszportowa po stronie singapurskiej, potem po malezyjskiej, w końcu kontrola celna, no i jesteśmy w Malezji. Podobnie jak w Singapurze nie potrzebujemy tam wizy, bez żadnych opłat i papierkowej roboty dozwolony jest tam pobyt w celach turystycznych do 3 miesięcy.   
Kuala Lumpur, dla znajomych KL wita kolorami i różnorodnością: bogactwo obok biedy, kultura obok kultury, z jednej strony arabska, z drugiej azjatycka, a z jeszcze innej zachodnia. Malajowie są muzułmanami, w KL mieszka jednak wiele azjatyckich mniejszości, chińska i hinduska w dominującej części. Na domiar całej mieszanki w mieście spacerują całe rzesze białych zwiedzających, robiących zakupy, ale też pracujących. Bo w KL po taniości można poczuć się jak król: centra handlowe z olśniewającymi sklepami Prady i Ralpha Laurena, wszędobylskie taksówki no i tanie hotele. Nienauczona jednak królewskiego życia koczowałam w tanim hostelu i łaziłam z mapą, notorycznie ignorując nagabujących taksówkarzy.
Muszę przyznać, że samotne zwiedzanie tego miasta nie było łatwe. Po pierwsze ze względu na zawiłość ulic, wielkie place z kilkoma ulicami odchodzącymi w kilka stron, tłumy ludzi, ciągle coś sprzedających, ciągle zagadujących. Po drugie biała dziewczyna w arabskim kraju budzi lubieżne uśmiechy i podobne komentarze. W miarę czasu nauczyłam się izolować w bardziej turystycznych, bogatych dzielnicach, bo w przeciwnym razie nie mogłam pohamować irytacji.
KL ma jednak pewną zaletę, która wynagradza godziny spędzone na jego ulicach w upale z mnóstwem gapiów. Mam na myśli oczywiście jedzenie! Mieszanka wszystkiego, co sobie można wyobrazić: mięsa, sosy, warzywa, orzechy, owoce morza, a do tego pyszne mrożone kawy, herbaty i świeże soki. Pora była się jednak zbierać, bo nowe smaki czekały w kolejnych azjatyckich krajach, a odkrywać jest tam co nie miara.  

Wersja real



Część indyjska KL, czyli hinduskie jaskinie

Chłopcy spotkani w hostelu, trochę mnie ochraniali przed nagabującymi Malajami



Wersja turisztasz


Typowe jedzenie malezyjskie, ale co dokładnie tam jest, Bóg jeden tylko wie

Nasza rozrywka hostelowa - mała Zsa Zsa

Słynne wierze Petronas


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz