Trzy tygodnie na południowej wyspie dobiegły końca, rozstałam się z moją
towarzyszką podróży, rozstałam się też z cudownymi widokami. Północna wyspa
bowiem wygląda bardziej znajomo, europejsko, momentami nawet polsko: łąki z
makami, krowy, przydrożne sklepy z lodami, nawet wierzby spotkałam.
Wyspa to wyspa jednak, trzeba więc przepłynąć morze, żeby się na nią dostać.
Ostatnie południowe krajobrazy po raz kolejny wyjęte są prosto z kalendarza. Większość
czasu na promie mijaliśmy pagórki, wysepki, zielone, czerwone, z drzewami i
bez. Sama stolica – Wellington również urzeka od pierwszego wejrzenia,
szczególnie kiedy przybija się do brzegu o wieczornej porze. Miasto położone
jest nad zatoką, otoczone pagórkami, na których rozpływają się przedmieścia. W
samym centrum mieszka jedynie 100 tysięcy ludzi, włączając do tych wyliczeń
obrzeża wychodzi nadal skromne pół miliona. Wellington może i nie przygniata
tłokiem i ruchliwością, ale nie na darmo zowie się stolicą. Spotkać tu można
bowiem znajomy w większych miastach przekrój społeczny: businessmanów,
hipsterów, młodzież szkolą, robotników itp. itd. Po czasie relaksu na odludziu,
pałałam zapałem do oglądania designerskich sklepów, barów i kafejek. Informacje
o tym co i gdzie dokładnie w trawie piszczy dostałam z pierwszej ręki. Zatrzymałam
się bowiem u mojej znajomej, z którą dzieliłam pokój przez kilka miesięcy w
Sydney. Jak już wspomniałam wcześniej szklaki podróżników w tym regionie stale
się przeplatają.
Żeby nie było jednak zbyt znajomo i swojsko wybrałam się w bardziej
egzotyczne miejsca. Wybór padł na wulkany i wody termalne. Kilka godzin na
północ od Wellington położony jest Park Narodowy Tongariro, gdzie znajdują się
trzy aktywne wulkany. Żeby je zobaczyć z bliska trzeba wybrać się na długi
spacer, czyli 6-7 godzinną wspinaczkę, wartą jednak wszystkich wysiłków.
Zdjęcia same pozwolą Was zresztą ocenić. Inną topową atrakcją centralnej części
Północnej wyspy są wody termalne, gdzie można znaleźć gejzery, parujące bagna
itp. W okolicach miasta Rotorua znajduje się kilka kompleksów oferujących przypatrywanie
się tym gorącym wodom (ich temperatura wacha się w granicach 100 stopni
Celsjusza) z bliska. Osobiście postawiłam na park, gdzie baseny wabią różnymi
kolorami, z żółtym, błękitem i rdzawą czerwienią na czele. Co jednak przykuwa
uwagę to smród. Zapach wydzielający się w tamtej okolicy kojarzy mi się z
żółwią zupą, lekka nutka potu, bagna i mięsa. Szkoda, że to właśnie zapachy
zapamiętuje się najlepiej ze wszystkich zmysłowych doświadczeń!
| Pierwsze plażowanie w Nowej Zelandii |
| Na szczególną uwagę zasługuje mój osprzęt, szczególnie buty trekkingowe |
| Termy |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz