środa, 6 lutego 2013

Wyspa numer dwa



Trzy tygodnie na południowej wyspie dobiegły końca, rozstałam się z moją towarzyszką podróży, rozstałam się też z cudownymi widokami. Północna wyspa bowiem wygląda bardziej znajomo, europejsko, momentami nawet polsko: łąki z makami, krowy, przydrożne sklepy z lodami, nawet wierzby spotkałam.
Wyspa to wyspa jednak, trzeba więc przepłynąć morze, żeby się na nią dostać. Ostatnie południowe krajobrazy po raz kolejny wyjęte są prosto z kalendarza. Większość czasu na promie mijaliśmy pagórki, wysepki, zielone, czerwone, z drzewami i bez. Sama stolica – Wellington również urzeka od pierwszego wejrzenia, szczególnie kiedy przybija się do brzegu o wieczornej porze. Miasto położone jest nad zatoką, otoczone pagórkami, na których rozpływają się przedmieścia. W samym centrum mieszka jedynie 100 tysięcy ludzi, włączając do tych wyliczeń obrzeża wychodzi nadal skromne pół miliona. Wellington może i nie przygniata tłokiem i ruchliwością, ale nie na darmo zowie się stolicą. Spotkać tu można bowiem znajomy w większych miastach przekrój społeczny: businessmanów, hipsterów, młodzież szkolą, robotników itp. itd. Po czasie relaksu na odludziu, pałałam zapałem do oglądania designerskich sklepów, barów i kafejek. Informacje o tym co i gdzie dokładnie w trawie piszczy dostałam z pierwszej ręki. Zatrzymałam się bowiem u mojej znajomej, z którą dzieliłam pokój przez kilka miesięcy w Sydney. Jak już wspomniałam wcześniej szklaki podróżników w tym regionie stale się przeplatają. 
Żeby nie było jednak zbyt znajomo i swojsko wybrałam się w bardziej egzotyczne miejsca. Wybór padł na wulkany i wody termalne. Kilka godzin na północ od Wellington położony jest Park Narodowy Tongariro, gdzie znajdują się trzy aktywne wulkany. Żeby je zobaczyć z bliska trzeba wybrać się na długi spacer, czyli 6-7 godzinną wspinaczkę, wartą jednak wszystkich wysiłków. Zdjęcia same pozwolą Was zresztą ocenić. Inną topową atrakcją centralnej części Północnej wyspy są wody termalne, gdzie można znaleźć gejzery, parujące bagna itp. W okolicach miasta Rotorua znajduje się kilka kompleksów oferujących przypatrywanie się tym gorącym wodom (ich temperatura wacha się w granicach 100 stopni Celsjusza) z bliska. Osobiście postawiłam na park, gdzie baseny wabią różnymi kolorami, z żółtym, błękitem i rdzawą czerwienią na czele. Co jednak przykuwa uwagę to smród. Zapach wydzielający się w tamtej okolicy kojarzy mi się z żółwią zupą, lekka nutka potu, bagna i mięsa. Szkoda, że to właśnie zapachy zapamiętuje się najlepiej ze wszystkich zmysłowych doświadczeń! 




Pierwsze plażowanie w Nowej Zelandii










Na szczególną uwagę zasługuje mój osprzęt, szczególnie buty trekkingowe

Termy



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz