piątek, 1 lutego 2013

Dzikości serca

Ostatnie kilka dni wspólnego podróżowania niejako przypadkowo, niejako z wyboru spędziłyśmy w przytulnych, malutkich mieścinach. Najpierw w górskim Arthur’s Pass – wiosce pomiędzy wschodnim a zachodnim wybrzeżem. Planowałyśmy intensywnie zdobywać szczyty gór i pagórków, ale skończyło się jak zwykle przy kominku i herbacie w hostelu. Hostele w Nowej Zelandii są przeciwieństwem tych australijskich, zarówno klimat miejsc jak i podróżników jest po prostu odmienny niż ten na Antypodach. Domowo, bez tłoku i krzyków, często przy dźwiękach gitary i odgłosach przewracania stron książek mijał nam czas na Południowej Wyspie. Wielu turystów przyjeżdża do Nowej Zelandii, żeby obcować z naturą, chodzić po górach i kontemplować. Kiedy w Australii głównie chodzi o plażę i dobrą zabawę. Miejscowi też są z goła inni – bardziej nieśmiali, introwertyczni, ale też naturalni i ciepli.
Ostatnie dwa miasteczka na trasie, tym razem na wschodnim wybrzeżu tylko potwierdziły tę regułę. Zarówno Hanmer Springs – gdzie zażyłyśmy kąpieli w termalnych basenach jak i Kaikoura – gdzie mieszkałyśmy w hotelu z basenem i pięknymi widokami na zachody słońca były po prostu ładne, miłe i przyjemne. Czas rozstania po raz kolejny w mym cygańskim życiu nie był łatwy. Powoli odcinam moje więzy australijskie. Na razie powoli jednak, bo ślady Sydney dopadną mnie jeszcze na krańcu świata.  

Droga do Arthur's Pass, podobno przed remontem kilka ciężarówek stoczyło się w przepaści
Hostel w Kaikourze




Kaikoura





2 komentarze:

  1. czy ten kraj jest piękny, ale nudny???? no bo ileż można oglądać widoki zapierające dech, ale takie same??? (to tylko pyt. na wypadek gdybym chciała tam pojechać - fanka brudnych i zaludnionych miast)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nudno jak cholera, dużo ludzi chodzi po górach, poluje, gra w rugby, żegluje; są też miasta, ale niezbyty ekscytujące, mi tam jest dobrze po tym intensywnym roku, zresztą osobiście jestem dzikusem ze wsi:)

      Usuń