poniedziałek, 11 lutego 2013

Koniec końców



Nie da uniknąć się porównań pomiędzy Australią a Nową Zelandią. Szczególnie biorąc pod uwagę moją skłonność do generalizacji i nie zawsze prawdziwych uogólnień. Ale Ania lubi szufladkować kraje, narodowości i mentalności, nie na darmo w końcu pięć lat spędziłam czytając o różnorodności świata. Oto co sobie poukładałam w głowie tym razem.
Nowa Zelandia jest po prostu piękna. W taki czysty i oczywisty sposób. Muszę przyznać, że ja lubię jednak harmider i bród i zdecydowanie łączę te sentymenty z warszawskimi wpływami. Moje ulubione miejsca w Australii nieprzypadkowo mają w sobie jakąś dzikość, piaskowość, tropikalność, intensywność. Nowa Zelandia z drugiej strony jest łatwiejszym miejscem do podróżowania, jest mniejsza, dystanse są bliższe, a asfaltowe drogi prowadzą do nawet najbardziej ukrytych miejscowości. Ze względu na bliskość z przyrodą, świadomość ekologiczna też jest o wiele większa. Wszechobecny recykling, czyste ulice, sami przyznacie, że śmieci raczej nie wpasowywały by się w sielski krajobraz.
Kraje te różni też pozycja ekonomiczna. Obydwa radzą sobie dość dobrze na rynku międzynarodowym, wielki amerykański i europejski kryzys ich nie dopadł. To jednak Australia jest liderem na regionalnym rynku – dzięki większym rozmiarom, ale przede wszystkim dzięki naturalnym zasobom, a szczególnie wydobyciu węgla, który eksportuje się do Chin. Wielu Nowo Zelandczyków wybiera więc Australię do życia, bo możliwości jest więcej, a najważniejsze płacą lepiej.   
Nowa Zelandia jest też o wiele bardziej europejska. Ze względu na pogodę – czasem słońce, czasem deszcz. Szczególnie na Południowej Wyspie cztery pory roku widocznie się wyróżniają. Nowo Zelandczycy w przeciwieństwie do Australijczyków w jakiś sposób pozostali bliżej brytyjskich więzów. W obydwu krajach szanuje się Królową Elżbietę, a na śniadanie jada się fasolkę z tostami, bekonem i jajkami. Australijczycy zaadoptowali jednak wiele z amerykańskiego podejścia do życia – pewność siebie, asertywność, trochę takie californication. W sumie trudno się dziwić z całą tą plażową kulturą.
Jest jednak w człowieku coś co trudno zaklasyfikować, nasza intuicja i gusta, które ciężko wytłumaczyć. Chyba nieprzypadkowo lubię nowo zelandzkie filmy, z całą ich magicznością (nie tylko te Petera Jacksona, ale też Jane Campion). Nieprzypadkowo też to właśnie w Nowej Zelandii czułam się bezpiecznie i domowo i mimo nudy niebanalnie. Jedynym problem jest ta nuda! Na dłuższą metę musiałabym się chyba nauczyć grać w rugby, no chyba, że polowanie byłoby lepszą opcją?    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz