Nie da uniknąć się porównań pomiędzy Australią a Nową Zelandią. Szczególnie
biorąc pod uwagę moją skłonność do generalizacji i nie zawsze prawdziwych
uogólnień. Ale Ania lubi szufladkować kraje, narodowości i mentalności, nie na
darmo w końcu pięć lat spędziłam czytając o różnorodności świata. Oto co sobie
poukładałam w głowie tym razem.
Nowa Zelandia jest po prostu piękna. W taki
czysty i oczywisty sposób. Muszę przyznać, że ja lubię jednak harmider i bród i
zdecydowanie łączę te sentymenty z warszawskimi wpływami. Moje ulubione miejsca
w Australii nieprzypadkowo mają w sobie jakąś dzikość, piaskowość,
tropikalność, intensywność. Nowa Zelandia z drugiej strony jest łatwiejszym
miejscem do podróżowania, jest mniejsza, dystanse są bliższe, a asfaltowe drogi
prowadzą do nawet najbardziej ukrytych miejscowości. Ze względu na bliskość z
przyrodą, świadomość ekologiczna też jest o wiele większa. Wszechobecny
recykling, czyste ulice, sami przyznacie, że śmieci raczej nie wpasowywały by
się w sielski krajobraz.
Kraje te różni też pozycja ekonomiczna. Obydwa
radzą sobie dość dobrze na rynku międzynarodowym, wielki amerykański i europejski
kryzys ich nie dopadł. To jednak Australia jest liderem na regionalnym rynku –
dzięki większym rozmiarom, ale przede wszystkim dzięki naturalnym zasobom, a
szczególnie wydobyciu węgla, który eksportuje się do Chin. Wielu Nowo
Zelandczyków wybiera więc Australię do życia, bo możliwości jest więcej, a
najważniejsze płacą lepiej.
Nowa Zelandia jest też o wiele bardziej
europejska. Ze względu na pogodę – czasem słońce, czasem deszcz. Szczególnie na
Południowej Wyspie cztery pory roku widocznie się wyróżniają. Nowo Zelandczycy
w przeciwieństwie do Australijczyków w jakiś sposób pozostali bliżej
brytyjskich więzów. W obydwu krajach szanuje się Królową Elżbietę, a na śniadanie
jada się fasolkę z tostami, bekonem i jajkami. Australijczycy zaadoptowali
jednak wiele z amerykańskiego podejścia do życia – pewność siebie, asertywność, trochę takie californication. W
sumie trudno się dziwić z całą tą plażową kulturą.
Jest jednak w człowieku coś co trudno zaklasyfikować,
nasza intuicja i gusta, które ciężko wytłumaczyć. Chyba nieprzypadkowo lubię
nowo zelandzkie filmy, z całą ich magicznością (nie tylko te Petera Jacksona, ale też Jane Campion).
Nieprzypadkowo też to właśnie w Nowej Zelandii czułam się bezpiecznie i domowo
i mimo nudy niebanalnie. Jedynym problem jest ta nuda! Na dłuższą metę
musiałabym się chyba nauczyć grać w rugby, no chyba, że polowanie byłoby lepszą
opcją?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz