Środkową część wyspy przemierzałam samotnie w przeciągu trzech dni.
Podróżowałam autobusem i autostopem. I w jakiś magiczny sposób każdego dnia
spotykałam pomocnych Nowo Zelandczyków, jedni zabrali mnie do domu na obiad i
nocleg, inni nakarmili lodami, kazali odwiedzić kiedy będzie mi po drodze i
podwieźli prosto na lotnisko. To jest oficjalne stwierdzenie: ci ludzie są
najsympatyczniejszą nacją, z jaką kiedykolwiek się spotkałam!
W przekonaniu utwierdziła mnie moja znajoma z Sydney – wspomniana wcześniej
Kelly, która przyleciała do swego rodzimego kraju, żeby pokazać mi co znaczy
prawdziwa gościnność. Kelly wypożyczyła auto i zaplanowała cztery wspólne dni
na dalekich północnych krańcach. Najpierw wybrałyśmy się do Paihii położonej w pięknie nazwanej zatoce The Bay of Plenty. Miało tam miejsce
moje podejście do delfinów numer dwa. Tym razem zwierzaki były bardziej skore
do współpracy, a na dodatek imponowały swoją wielkością i rozrywkowością.
Najcudowniejsza jest możliwość usłyszenia ich pod wodą. Na zachętę sama
śpiewałam cały czas przez rurkę z powietrzem. A może to właśnie dlatego dość
szybko uciekły?
Im dalej na północ od wielokulturowego Auckland (jedna czwarta Aucklandzyków
nie jest urodzona w Nowej Zelandii!), tym mniej ludzi i piękniej. Gdzieś po
drodze, na Półwyspie Kiri Kiri rodzina Kelly posiada domek letniskowy, w którym
zatrzymałyśmy się na dwa dni, tuż przy samej plaży. Próbowałyśmy rozprzestrzenić tam dobrą karmę, która unosi się w nowo zelandzkim powietrzu i
przygarnęłyśmy amerykańską parę zmoczonych autostopowiczów na jedną noc.
Jeszcze bardziej niż chęć pomocy, kierowała nami czysta chęć rozrywki.
Północ różni się od pozostałych regionów nie tylko przyrodą, ale również
przekrojem etnicznym. Na Północy mieszka wielu Maorysów, którzy są ludnością rodzimą w Nowej Zelandii. Ich
sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej niż ta Aborygenów w Australii. Maorysi tradycyjnie są ludem walczącym. Kiedy więc Anglicy chcieli siłą
zagrabić te regiony, musieli najpierw zmierzyć się z ludnością tubylczą. W
wyniku walk podpisano układ (mój ostatni dzień w nowej Zelandii przypadł akurat
w rocznicę podpisania układu – Dzień Waitangi). Mimo iż układ nie był do końca fair (w angielskiej wersji językowej kolonialiści przypisali sobie
więcej przywilejów niż w maoryskiej) to pozycja polinezyjskich ludów
była od początku o wiele lepsza niż pokojowych Aborygenów. Dzisiaj Maorysi są częścią nowo
zelandzkiego społeczeństwa na równych prawach. Można ich spotkać w biurach,
sklepach, ubierają się pobodnie jak ludzie zachodu, żyją jak ludzie zachodu, co
jest rzadko spotykane w Australii. Przyczyna leży też moim zdaniem w Nowo
Zelandczykach pochodzenia europejskiego. Wspomniana serdeczność, łagodność i
dobroć, która bije od ludzi nie wydaje się jedynie pozorna. A może jak zwykle
idealizuje, bo gdzieś między wierszami pobrzmiewały antypatie. Choć pewnie tak
jak wszędzie, antypatii uniknąć się nie da. Wraz z Kelly chętnie słuchałyśmy maoryskich stacji radiowych, oglądałyśmy rodzimą sztukę, a nawet
próbowałyśmy trochę uczyć się tego polinezyjskiego języka. Biorąc przykład z nowo
zelandzkich graczy rugby tańczących wojenny taniec – Haka na początku gry
śpiewałyśmy: ka mate, ka mate, ka ora, ka ora – może umrę, może umrę , a może i
nie?



 |
| Oto i one |
 |
| Najpółnocniejszy punkt NZ |
 |
| Widok z balkonu |
 |
| I widok z drugiego balkonu |
 |
| Rybacy |
 |
| Auckland |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz