Chiang Mai jest bardzo turystycznym miastem: meksykańskie, niemieckie czy burgerowe knajpy gęsto zdobią centrum. Słynny jest tam też nocny market, gdzie o dobre ceny trzeba się nieźle targować. Poza tym samo miasto nie grzeszy pięknem czy imponującymi zabytkami. Jest za to siedzibą wszelkiego rodzaju atrakcji: kursów kucharskich, masażów, raftingu, jazdy na słoniach czy oglądaniu ludów z długimi szyjami w górskich wioskach. Wystarczy 100 złotych, a w pakiecie dostaniecie wszystkiego po trosze. Jednak większość firm nie wpasowuje się w nasze pojęcie turystyki: wyreżyserowane wioski, gdzie przymusza się lokalne ludy do noszenia bransoletek na szyje, bo to właśnie cieszy się największą popularnością wśród turystów. Tam pójść nie mogliśmy. Po długich poszukiwaniach internetowych znaleźliśmy w końcu opcję, która nam odpowiadała: położny na końcu świata tuż przy samej Birmie hostel Cave Lodge prowadzony przez Australijczyków. Za ich pośrednictwem udaliśmy się na dwudniową wyprawę w góry do wioski ludu Karen, który żyje w odseparowanych wzgórzach, w mniej rozwiniętych warunkach i posługuje się językiem znacznie różniącym się od tajskiego. Bardzo unikalne doświadczenie: spać w autentycznej wiosce, spotkać tych wszystkich przedziwnie wyglądających ludzi, nasłuchać się o ichniejszej medycynie i całym sposobie życia. Nawet 5 godzinna podróż krętymi ścieżkami z rozstrojonym żołądkiem nie zmąciła aury magiczności.
| Kolejny autostop |
| W hostelu |
| Wędrówka do wioski z Panią przewodnik |
| Kurkuma jest podobnież środkiem kojącym ukąszenia komarów |
| W wiosce |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz