Ostatnie dni europejskiej podróży spędziliśmy w Hiszpanii. Zaledwie
trzy noce w Barcelonie i jedna przetańczona noc w okolicach Tarragony. Osobiście bardzo cieszyłam się słońcem, kiedy mój wybranek chował się w cieniu i narzekał na potencjalny udar.
Ostatnimi czasy preferujemy zwiedzanie 'na lenia', czytaj nie oglądamy zabytków, ale chodzimy po knajpach,
parkach, i ewentualnie targach z jedzeniem. Tym razem zrobiliśmy jeden wyjątek, bo szkoda byłoby przeoczyć słynny Park Guell. Zwieńczeniem podróży było wesele znajomych z
Melbourne (Panna Młoda jest Hiszpanką). Jako doświadczeni weselowicze
stwierdzamy, że Hiszpanie jednak lepiej
wiedzą od Australijczyków jak się bawić, jeść i pić. Och te ichniejsze dżiny z tonikiem!
![]() |
Prawie jak w brazylijskiej telenoweli
|
![]() |
A przed kościołem niespodzianka – akurat odbywał sie
festiwal castell czyli wieży z ludzi
|
![]() |
Zdjęcia
skradzione profesjonalnemu fotografowi – trochę lepszej jakości niż moje
|






















