Dokoła wszystko jest czerwone. Ziemia jest czerwona, skały są czerwone,
czerwonych ludzi także więcej. Nieprzypadkowo więc miejsce to zowie się
Czerwonym Centrum. Podróżowanie po Australii zaczęłam od zorganizowanej
wycieczki po pustyni. Spanie na zimnej ziemi, wstawanie o 5 rano, wdrapywanie
się na różne skały urozmaiciło trochę prozę życia. Przyleciałam bezpośrednio do
Ayers Rock, gdzie nasz przewodnik, kierowca, kucharz odebrał mnie z malutkiego
lotniska i dołączył do grupy roześmianych, młodych backpackerów, w większości
niemieckiej rasy. Nie powiem, żebym była nastawiona pozytywnie na integracje i
podporządkowanie się rządom obcego kolesia, no ale w końcu zapłaciłam z moją
ekswspólokatorką za posmakowanie życia na łonie natury, więc wyboru nie miałam.
Dostępność pewnych obiektów na terenie outbacku (do tej kategorii zalicza się
miejsca oddalone od wybrzeża, w większości leżące w odosobnieniu) jest
utrudniona bez samochodu. Dlatego też zdecydowałyśmy się na wycieczkę zorganizowaną
przez biuro turystyczne.
Słynna góra przysparza wiele kontrowersji. Zasadnicze pytanie brzmi: wspinać
się czy nie wspinać. Ludność tubylcza (jak dowiedziałam się na Północy nazywa
Aborygeni jest dla nich obraźliwa) wierzy w magiczność Urulu, dlatego też
uprasza się turystów do pozostawienia skały w spokoju. Wielu z nich jednak nie
daje za wygraną i zdobywa ten szczyt, podobno każdego roku ktoś umiera tam na
atak serca. Oczywiście mnie nie trzeba było długo przekonywać do bierności,
szczególnie, że perspektywa kolejnych wypraw w regionie brzmiała dość
intensywnie. Najtrudniejszy podczas wyprawy nie był jednak wysiłek fizyczny,
ale zimno. Pustynia jak to pustynia: gorąca w dzień i zimna w nocy. W
centralnym regionie Australii notuje się największe różnice temperatur pomiędzy
dniem i nocą, a doświadczenie tego na własnej skórze nie należy do
najprzyjemniejszych (w naszą najzimniejszą noc temperatura spadła do 2 stopni
Celsjusza). Spaliśmy na ziemi w słynnych australijskich swagach (grubych,
zwijanych materacach), no i oczywiście wszystkich ubraniach. Mimo wszystko
zimno nie pozwoliło na zmrużenie oka (no może na trochę dopóki ognisko się
tliło), więc pobudka o 5 rano w celach obejrzenia wschodu słońca dwa dni pod
rząd była wręcz wybawieniem. Kolejne dwa dni oglądaliśmy Kata Tjutę i Kings Canyon. I choć wszystkie widoki były przecudne, to w pamięci pozostanie mi
głównie uczucie powolnego ogrzewania organizmu po przyswojeniu pieczonych
ziemniaków i czerwonego wina. Nauczka na dalsze podróże: przyjaznych warunków
do życia proszę szukać w australijskich metropoliach, no, ale na pewno nie na
pustyni.
 |
| Słynne Urulu i my z nim |
 |
| Kuchnia polowa |
|
 |
| Lekcja geologii |
|
 |
| Jak się przekonałam, zaklinanie pogody nie jest moją specjalnością |
 |
| Fatamorgana? Nie, w Australii też są wielbłądy, sprowadzone kilkaset lat temu przez Europejczyków |
 |
| Grupa azjatycka na naszej wycieczce zawsze zwarta |
 |
| Kata Tjuta |
|
 |
| Wschód słońca się tli, ale ciągle jakoś zimno, tu w Kings Canyon |
Na Urulu, czymkolwiek jest :P, spokojnie mogłaś wchodzić. Choć na zdjęciach owe Urulu przypomina Uluru :p :)
OdpowiedzUsuń