wtorek, 10 lipca 2012

Czerwonoziemy


Dokoła wszystko jest czerwone. Ziemia jest czerwona, skały są czerwone, czerwonych ludzi także więcej. Nieprzypadkowo więc miejsce to zowie się Czerwonym Centrum. Podróżowanie po Australii zaczęłam od zorganizowanej wycieczki po pustyni. Spanie na zimnej ziemi, wstawanie o 5 rano, wdrapywanie się na różne skały urozmaiciło trochę prozę życia. Przyleciałam bezpośrednio do Ayers Rock, gdzie nasz przewodnik, kierowca, kucharz odebrał mnie z malutkiego lotniska i dołączył do grupy roześmianych, młodych backpackerów, w większości niemieckiej rasy. Nie powiem, żebym była nastawiona pozytywnie na integracje i podporządkowanie się rządom obcego kolesia, no ale w końcu zapłaciłam z moją ekswspólokatorką za posmakowanie życia na łonie natury, więc wyboru nie miałam. Dostępność pewnych obiektów na terenie outbacku (do tej kategorii zalicza się miejsca oddalone od wybrzeża, w większości leżące w odosobnieniu) jest utrudniona bez samochodu. Dlatego też zdecydowałyśmy się na wycieczkę zorganizowaną przez biuro turystyczne. 

Słynna góra przysparza wiele kontrowersji. Zasadnicze pytanie brzmi: wspinać się czy nie wspinać. Ludność tubylcza (jak dowiedziałam się na Północy nazywa Aborygeni jest dla nich obraźliwa) wierzy w magiczność Urulu, dlatego też uprasza się turystów do pozostawienia skały w spokoju. Wielu z nich jednak nie daje za wygraną i zdobywa ten szczyt, podobno każdego roku ktoś umiera tam na atak serca. Oczywiście mnie nie trzeba było długo przekonywać do bierności, szczególnie, że perspektywa kolejnych wypraw w regionie brzmiała dość intensywnie. Najtrudniejszy podczas wyprawy nie był jednak wysiłek fizyczny, ale zimno. Pustynia jak to pustynia: gorąca w dzień i zimna w nocy. W centralnym regionie Australii notuje się największe różnice temperatur pomiędzy dniem i nocą, a doświadczenie tego na własnej skórze nie należy do najprzyjemniejszych (w naszą najzimniejszą noc temperatura spadła do 2 stopni Celsjusza). Spaliśmy na ziemi w słynnych australijskich swagach (grubych, zwijanych materacach), no i oczywiście wszystkich ubraniach. Mimo wszystko zimno nie pozwoliło na zmrużenie oka (no może na trochę dopóki ognisko się tliło), więc pobudka o 5 rano w celach obejrzenia wschodu słońca dwa dni pod rząd była wręcz wybawieniem. Kolejne dwa dni oglądaliśmy Kata Tjutę i Kings Canyon. I choć wszystkie widoki były przecudne, to w pamięci pozostanie mi głównie uczucie powolnego ogrzewania organizmu po przyswojeniu pieczonych ziemniaków i czerwonego wina. Nauczka na dalsze podróże: przyjaznych warunków do życia proszę szukać w australijskich metropoliach, no, ale na pewno nie na pustyni.



Słynne Urulu i my z nim

Kuchnia polowa

Lekcja geologii 

Jak się przekonałam, zaklinanie pogody nie jest moją specjalnością


Fatamorgana? Nie, w Australii też są wielbłądy, sprowadzone kilkaset lat temu przez Europejczyków


Grupa azjatycka na naszej wycieczce zawsze zwarta

Kata Tjuta
Wschód słońca się tli, ale ciągle jakoś zimno, tu w Kings Canyon
 

1 komentarz:

  1. Na Urulu, czymkolwiek jest :P, spokojnie mogłaś wchodzić. Choć na zdjęciach owe Urulu przypomina Uluru :p :)

    OdpowiedzUsuń