czwartek, 27 września 2012

Roadtrip



Następnym punktem docelowym naszej wycieczki było Cairns, położone 2850km od Darwin. Początkowo planowałyśmy podróż autostopem, ale po głębszej analizie stwierdziłyśmy, że ta odległość nie jest na nasze siły i udało nam się znaleźć metodę zastępczą, czyli rideshare. Na Internecie wyszukałyśmy ludzików, którzy oferowali podwóz w naszym kierunku. Mężczyźni, z którymi postanowiłyśmy spędzić kolejnych kilka nie byli typami turystów. Dwóch zblazowanych europejskich chłopaków spędziło wcześniejsze kilka tygodni bez mapy czy przewodnika jeżdżąc tu i tam, śpiąc w namiotach lub w samochodzie, szukając okazji do poderwania lachonów i spędzenia miłego czasu w Głównej Siedzibie, czyli największym namiocie z ich kolekcji. Nasze modele podróżowania nie były, delikatnie mówiąc, zbieżne. Ale jak się okazało, nie wolno oceniać produktu po opakowaniu, bo spędzone wspólnie chwile wspominam z rozrzewnieniem. Chłopcami łatwo się sterowało, oni więc prowadzili auto, a my zgnieżdżone we trójkę na tylnych siedzeniach wynajdowałyśmy kolejne punkty do zwiedzenia i popijałyśmy winko.
Po pierwsze primo jacuzzi. W okolicach Darwin znajduję się Park Narodowy Lichfield, słynący z wodospadów. Namawiałyśmy naszych współtowarzyszy podróży do spędzenia tam dwóch dni, twierdząc, że park ten oferuje atrakcje w postaci naturalnych jacuzzi. Reklama ta była troszeczkę podkoloryzowana, ale trzeba przyznać, że kąpiel w jeziorze, do którego wpada wodospad robi wrażenie. Teren ten jest stosunkowo mały i łatwo dostępny. Nie powinno więc dziwić, że turystów było tam co nie miara, a znalezienie miejsca na polu namiotowym (na którym spaliśmy oczywiście bez opłaty) graniczyło z cudem. Rozgościliśmy się więc w obozowisku samotnie podróżującego rowerzysty i przy ognisku i wielu zimnych piwach (nasz magiczny samochód był zaopatrzony w lodówkę turystyczną) spędziliśmy pierwszą noc bez dostępu do pryszniców. Podkreślam ten fakt, bo w dalszej części podróży prysznic był wydarzeniem na miarę spotkania z krokodylem. W sumie ciągle nie wiem co było większym przełomem.
Po drugie secundo – Kakdu, czyli kolejny park narodowy na północy, notabene wielkości Belgii. Musiałyśmy trochę pospieszać naszych współtowarzyszy, bo punktów widokowych było tam sporo, a czas uciekał. Niestety wielu atrakcji Kakadu nie widzieliśmy, szczególnie, że nie wszędzie mogliśmy dojechać samochodem z napędem na dwa koła. To jednak co zobaczyliśmy to nasze. A były tam i góry, i jeziora, i pola i lasy i wodospady i aborygeńska sztuka na skałach, ale najwięcej to było komarów. Nie jestem w stanie opisać stanu pogryzienia, a potem swędzenia, ale wierzcie mi, nigdy takiego czegoś nie przeżyłam. W sumie cieszę się, że tak w ogóle to przeżyłam, w sensie przetrwałam. Ale nawet człowieku nie wiesz jak jesteś twardy: gorąco w ciągu dnia, zimno i bezsennie w ciągu nocy, owadów dużo, pryszniców w cale, a mimo wszystko wdrapujesz się na kolejną skałę i podziwiasz, bo te widoki i ta nienaruszona przyroda wynagradzają wszystkie cierpienia. I tak jak ze sportem albo czekoladą (o to bardziej trafne) odkrywanie nowych miejsc uzależnia, i przestać jest trudno. 

Pozy w trawie - Kakadu

Pozy na skałach - Kakadu


Suszenie namiotów


"Prysznic"


Bardzo stara sztuka skalna...


Wypatrywanie krokodyli




Kąpiele w jacuzzi


Nasi mężczyźni bali się różnych wodnych zwierzaków

Ale dla dobrego zdjęcia byli skłonni się poświęcić!

wtorek, 25 września 2012

Saint Tropez, czytaj Darwin



Stolica Terytorium Północnego słynie z krokodyli, tropikalnej pogody i ciekawych możliwości na rynku pracy. Co więcej, w rankingu Lonely Planet Darwin miasto to zostało umieszczone w dziesiątce najważniejszych miejsc do odwiedzenia na świecie! Podróżnicy pracujący dla słynnego przewodnika musieli być porządnie pijani skoro doszli do takich wniosków. Choć ich stan jest w sumie zrozumiały biorąc pod uwagę ilość klubów i dyskotek.  
Najbardziej jednak w mojej pamięci pozostaną ludzie, których napotkałam w Darwin. Pierwszy coach surfing był domem otwartym, generalnie właściciel spał sobie smacznie, kiedy dotarłam do jego włości. Nie był też w stanie w pełni kontrolować rotacji podróżników odwiedzających jego dom, ponieważ gromkiej większości wysyłał standardowego maila: to jest adres, drzwi są otwarte, po prostu wpadaj. Okazało się jednak, że jest to hipisowski intelektualista i po znalezieniu materaca i kąta do spania oraz kilku godzinach dyskusji, udaliśmy się na najdziwniejszą imprezę mojego życia. Była to prywatka domowa, z cyklu: jesteśmy wyluzowanymi indywidualistami, przebierzmy się w kostiumy, weźmy trochę kokainy, a na końcu odstawmy seks grupowy. Do tego momentu nie dotarłam, bo nas wyrzucili, mój hipis trochę za bardzo się upił. Wcale nie z powodu brudu czy szaleństwa, ale z powodu braku miejsca, następnego dnia uciekłam do innego australijskiego mieszkania. Okazało się, że świat jest jednak mały, a przynajmniej wszyscy podróżnicy o podobnym budżecie podążają tymi samymi ścieżkami. Znalazłam bowiem człowieka, u którego kilka miesięcy wcześniej nocowały znajome z Polski, z którymi spędziłam Sylwestra w Sydney. No i po raz kolejny, australijska gościnność przerosła moje oczekiwania. Dołączyły do mnie dwie szkolne koleżanki i wraz z naszym gospodarzem grillowaliśmy, słuchaliśmy muzyki, popijaliśmy zimne piwko z lodówki na balkonie i podziwialiśmy widoki w stylu iście Saint Tropez: łódeczki, palemki, i bezchmurne niebo.
Osobiście uważam, że największą wadą Darwin jest brak plaż. W samym mieście istnieje ich nawet kilka, ale z powodu krokodyli nie są zbyt popularne. Miasto zorganizowało więc zatoczkę, żeby się bidoki w tej gorączce jakoś mogły ochłodzić. A gorąco tam jest niedopisania. W porze suchej (występuje tam klimat tropikalny więc mamy porę suchą i mokrą) chmury na niebie nie dostrzeżesz, a temperatura dosięga 35 stopni. Z relacji słyszałam, że w porze deszczowej wilgotność potęguje uczucie gorąca, a powietrze jest tak gęste, że trudno oddychać. Dlatego kiedyś w życiu chciałbym odwiedzić Darwin po raz kolejny: primo – żeby doświadczyć tej dziwnej pogody, a secundo – ludzie, ludzie, ludzie! Krokodyle drogie szybujcie kły, bo kiedyś tam wrócę.    

Widok z 'naszego balkonu'


Waterfront, czyli kąpiele bez krokodyli

Zdjęcie zdjęcia z wystawy, wymowne dla obszarów północnych

Coś się czai w wodzie...

...a to tylko krokodyl!
 

Update



Opisywanie poszczególnych podróży jest powolnym i żmudnym procesem, przynajmniej dla takiego lenia jak ja. Powoli, rzekłabym nawet bardzo powoli uzupełniam dziennik podróżnika. Dlatego też wszystkie wpisy odnoszą się do wydarzeń z przeszłości (jesteśmy na etapie czerwca). Obecnie po raz kolejny powróciłam do Sydney i po raz kolejny próbuję się na nowo zorganizować. Zostały mi dwa miesiące szkoły, podczas których spróbuję coś zaoszczędzić, żeby móc jeszcze trochę pozwiedzać. Spróbuję też jak najszybciej uzupełnić braki na blogu, liczę na cierpliwość!