Następnym punktem docelowym naszej wycieczki było Cairns, położone 2850km od
Darwin. Początkowo planowałyśmy podróż autostopem, ale po głębszej analizie
stwierdziłyśmy, że ta odległość nie jest na nasze siły i udało nam się znaleźć
metodę zastępczą, czyli rideshare. Na Internecie wyszukałyśmy ludzików, którzy
oferowali podwóz w naszym kierunku. Mężczyźni, z którymi postanowiłyśmy spędzić
kolejnych kilka nie byli typami turystów. Dwóch zblazowanych europejskich
chłopaków spędziło wcześniejsze kilka tygodni bez mapy czy przewodnika jeżdżąc
tu i tam, śpiąc w namiotach lub w samochodzie, szukając okazji do poderwania lachonów
i spędzenia miłego czasu w Głównej Siedzibie, czyli największym namiocie z ich
kolekcji. Nasze modele podróżowania nie były, delikatnie mówiąc, zbieżne. Ale
jak się okazało, nie wolno oceniać produktu po opakowaniu, bo spędzone wspólnie
chwile wspominam z rozrzewnieniem. Chłopcami łatwo się sterowało, oni więc
prowadzili auto, a my zgnieżdżone we trójkę na tylnych siedzeniach
wynajdowałyśmy kolejne punkty do zwiedzenia i popijałyśmy winko.
Po pierwsze primo jacuzzi. W okolicach Darwin znajduję się Park
Narodowy Lichfield, słynący z wodospadów. Namawiałyśmy naszych współtowarzyszy podróży
do spędzenia tam dwóch dni, twierdząc, że park ten oferuje atrakcje w postaci
naturalnych jacuzzi. Reklama ta była troszeczkę podkoloryzowana, ale trzeba
przyznać, że kąpiel w jeziorze, do którego wpada wodospad robi wrażenie. Teren
ten jest stosunkowo mały i łatwo dostępny. Nie powinno więc dziwić, że turystów
było tam co nie miara, a znalezienie miejsca na polu namiotowym (na którym
spaliśmy oczywiście bez opłaty) graniczyło z cudem. Rozgościliśmy się więc w
obozowisku samotnie podróżującego rowerzysty i przy ognisku i wielu zimnych piwach
(nasz magiczny samochód był zaopatrzony w lodówkę turystyczną) spędziliśmy
pierwszą noc bez dostępu do pryszniców. Podkreślam ten fakt, bo w dalszej
części podróży prysznic był wydarzeniem na miarę spotkania z krokodylem. W
sumie ciągle nie wiem co było większym przełomem.
Po drugie secundo – Kakdu, czyli kolejny park narodowy na północy, notabene
wielkości Belgii. Musiałyśmy trochę pospieszać naszych współtowarzyszy, bo
punktów widokowych było tam sporo, a czas uciekał. Niestety wielu atrakcji
Kakadu nie widzieliśmy, szczególnie, że nie wszędzie mogliśmy dojechać
samochodem z napędem na dwa koła. To jednak co zobaczyliśmy to nasze. A były
tam i góry, i jeziora, i pola i lasy i wodospady i aborygeńska sztuka na
skałach, ale najwięcej to było komarów. Nie jestem w stanie opisać stanu pogryzienia,
a potem swędzenia, ale wierzcie mi, nigdy takiego czegoś nie przeżyłam. W sumie
cieszę się, że tak w ogóle to przeżyłam, w sensie przetrwałam. Ale nawet
człowieku nie wiesz jak jesteś twardy: gorąco w ciągu dnia, zimno i bezsennie w
ciągu nocy, owadów dużo, pryszniców w cale, a mimo wszystko wdrapujesz się na
kolejną skałę i podziwiasz, bo te widoki i ta nienaruszona przyroda
wynagradzają wszystkie cierpienia. I tak jak ze sportem albo czekoladą (o to
bardziej trafne) odkrywanie nowych miejsc uzależnia, i przestać jest trudno.
 |
| Pozy w trawie - Kakadu |
 |
| Pozy na skałach - Kakadu |
 |
| Suszenie namiotów |
 |
| "Prysznic" |
 |
| Bardzo stara sztuka skalna... |
 |
| Wypatrywanie krokodyli |
 |
| Kąpiele w jacuzzi |
 |
| Nasi mężczyźni bali się różnych wodnych zwierzaków |
 |
| Ale dla dobrego zdjęcia byli skłonni się poświęcić! |