wtorek, 25 września 2012

Saint Tropez, czytaj Darwin



Stolica Terytorium Północnego słynie z krokodyli, tropikalnej pogody i ciekawych możliwości na rynku pracy. Co więcej, w rankingu Lonely Planet Darwin miasto to zostało umieszczone w dziesiątce najważniejszych miejsc do odwiedzenia na świecie! Podróżnicy pracujący dla słynnego przewodnika musieli być porządnie pijani skoro doszli do takich wniosków. Choć ich stan jest w sumie zrozumiały biorąc pod uwagę ilość klubów i dyskotek.  
Najbardziej jednak w mojej pamięci pozostaną ludzie, których napotkałam w Darwin. Pierwszy coach surfing był domem otwartym, generalnie właściciel spał sobie smacznie, kiedy dotarłam do jego włości. Nie był też w stanie w pełni kontrolować rotacji podróżników odwiedzających jego dom, ponieważ gromkiej większości wysyłał standardowego maila: to jest adres, drzwi są otwarte, po prostu wpadaj. Okazało się jednak, że jest to hipisowski intelektualista i po znalezieniu materaca i kąta do spania oraz kilku godzinach dyskusji, udaliśmy się na najdziwniejszą imprezę mojego życia. Była to prywatka domowa, z cyklu: jesteśmy wyluzowanymi indywidualistami, przebierzmy się w kostiumy, weźmy trochę kokainy, a na końcu odstawmy seks grupowy. Do tego momentu nie dotarłam, bo nas wyrzucili, mój hipis trochę za bardzo się upił. Wcale nie z powodu brudu czy szaleństwa, ale z powodu braku miejsca, następnego dnia uciekłam do innego australijskiego mieszkania. Okazało się, że świat jest jednak mały, a przynajmniej wszyscy podróżnicy o podobnym budżecie podążają tymi samymi ścieżkami. Znalazłam bowiem człowieka, u którego kilka miesięcy wcześniej nocowały znajome z Polski, z którymi spędziłam Sylwestra w Sydney. No i po raz kolejny, australijska gościnność przerosła moje oczekiwania. Dołączyły do mnie dwie szkolne koleżanki i wraz z naszym gospodarzem grillowaliśmy, słuchaliśmy muzyki, popijaliśmy zimne piwko z lodówki na balkonie i podziwialiśmy widoki w stylu iście Saint Tropez: łódeczki, palemki, i bezchmurne niebo.
Osobiście uważam, że największą wadą Darwin jest brak plaż. W samym mieście istnieje ich nawet kilka, ale z powodu krokodyli nie są zbyt popularne. Miasto zorganizowało więc zatoczkę, żeby się bidoki w tej gorączce jakoś mogły ochłodzić. A gorąco tam jest niedopisania. W porze suchej (występuje tam klimat tropikalny więc mamy porę suchą i mokrą) chmury na niebie nie dostrzeżesz, a temperatura dosięga 35 stopni. Z relacji słyszałam, że w porze deszczowej wilgotność potęguje uczucie gorąca, a powietrze jest tak gęste, że trudno oddychać. Dlatego kiedyś w życiu chciałbym odwiedzić Darwin po raz kolejny: primo – żeby doświadczyć tej dziwnej pogody, a secundo – ludzie, ludzie, ludzie! Krokodyle drogie szybujcie kły, bo kiedyś tam wrócę.    

Widok z 'naszego balkonu'


Waterfront, czyli kąpiele bez krokodyli

Zdjęcie zdjęcia z wystawy, wymowne dla obszarów północnych

Coś się czai w wodzie...

...a to tylko krokodyl!
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz