Stolica Terytorium Północnego słynie z krokodyli, tropikalnej pogody i ciekawych
możliwości na rynku pracy. Co więcej, w rankingu Lonely Planet Darwin miasto to
zostało umieszczone w dziesiątce najważniejszych miejsc do odwiedzenia na
świecie! Podróżnicy pracujący dla słynnego przewodnika musieli być porządnie
pijani skoro doszli do takich wniosków. Choć ich stan jest w sumie zrozumiały
biorąc pod uwagę ilość klubów i dyskotek.
Najbardziej jednak w mojej pamięci pozostaną ludzie, których napotkałam w
Darwin. Pierwszy coach surfing był domem otwartym, generalnie właściciel spał
sobie smacznie, kiedy dotarłam do jego włości. Nie był też w stanie w pełni
kontrolować rotacji podróżników odwiedzających jego dom, ponieważ gromkiej
większości wysyłał standardowego maila: to jest adres, drzwi są otwarte, po
prostu wpadaj. Okazało się jednak, że jest to hipisowski intelektualista i po
znalezieniu materaca i kąta do spania oraz kilku godzinach dyskusji, udaliśmy
się na najdziwniejszą imprezę mojego życia. Była to prywatka domowa, z cyklu:
jesteśmy wyluzowanymi indywidualistami, przebierzmy się w kostiumy, weźmy
trochę kokainy, a na końcu odstawmy seks grupowy. Do tego momentu nie dotarłam,
bo nas wyrzucili, mój hipis trochę za bardzo się upił. Wcale nie z powodu brudu
czy szaleństwa, ale z powodu braku miejsca, następnego dnia uciekłam do innego
australijskiego mieszkania. Okazało się, że świat jest jednak mały, a
przynajmniej wszyscy podróżnicy o podobnym budżecie podążają tymi samymi
ścieżkami. Znalazłam bowiem człowieka, u którego kilka miesięcy wcześniej
nocowały znajome z Polski, z którymi spędziłam Sylwestra w Sydney. No i po raz
kolejny, australijska gościnność przerosła moje oczekiwania. Dołączyły do mnie
dwie szkolne koleżanki i wraz z naszym gospodarzem grillowaliśmy, słuchaliśmy
muzyki, popijaliśmy zimne piwko z lodówki na balkonie i podziwialiśmy widoki w
stylu iście Saint Tropez: łódeczki, palemki, i bezchmurne niebo.
Osobiście uważam, że największą wadą Darwin jest brak plaż. W samym mieście
istnieje ich nawet kilka, ale z powodu krokodyli nie są zbyt popularne. Miasto
zorganizowało więc zatoczkę, żeby się bidoki w tej gorączce jakoś mogły
ochłodzić. A gorąco tam jest niedopisania. W porze suchej (występuje tam klimat
tropikalny więc mamy porę suchą i mokrą) chmury na niebie nie dostrzeżesz, a
temperatura dosięga 35 stopni. Z relacji słyszałam, że w porze deszczowej wilgotność
potęguje uczucie gorąca, a powietrze jest tak gęste, że trudno oddychać.
Dlatego kiedyś w życiu chciałbym odwiedzić Darwin po raz kolejny: primo – żeby
doświadczyć tej dziwnej pogody, a secundo – ludzie, ludzie, ludzie! Krokodyle
drogie szybujcie kły, bo kiedyś tam wrócę.
 |
| Widok z 'naszego balkonu' |
 |
| Waterfront, czyli kąpiele bez krokodyli |
 |
| Zdjęcie zdjęcia z wystawy, wymowne dla obszarów północnych |
 |
| Coś się czai w wodzie... |
 |
| ...a to tylko krokodyl! |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz