Dzień odlotu sponsorowało brzydkie słowo zaczynające się na Ce-cha. W dniu tym bowiem wszystko wydawało mi się w c..j, i daleko, i długo, i samej w c...j. Panikę i rozpacz, zastąpiło zatem surrealistyczne poczucie humoru, wszystkim czytelnikom dobrze znane:) Moje główne obawy skupiły się na bagażu, dużym nie powiem w co. Liczenie każdego kilograma/skrupulatne mierzenie każdego centymetra wyraźnie zdemaskowały moje doświadczenie z tanimi liniami lotniczymi. Jak się okazało, w lotach długodystansowych, nikt nie zwraca na takie szczegóły uwagi, przynajmniej nie w czeskich liniach, które ogólnie gorąco polecam.

Co do Czech, a precyzyjniej Czechów w czasie lotu ciągle nie wiedziałam, który z Couch Surferów będzie tym szczęściarzem i będzie mógł mnie gościć. Serce podpowiadało mi Australijczyka (tak, tak, znalazłam Aussie mieszkającego w Pradze), a rozum Czecha. Panowie prezentowali bowiem odmienne pojecie gościnności (Aussie odpisał mi późno, bez numeru telefonu, coś na zasadzie "cu later"; tymczasem Czech przedstawił miejsce spotkania, godzinę, nawet opcje zwiedzania). Wygrało racjonalne myślenie i skończyło się na Czechu. Możecie zgadnąć jaki był nasz wspólny temat, tak, tak – Dania. Okazało się, że mój cs jest niezależnym konsultantem softwerowym zatrudnionym przez duńską firmę, dlatego też mieszka trochę w Czechach, trochę w Danii. Choć przyznaję, że motyw Australii też pojawił się w Pradze, gdzie znalazłam jednego kangura – symbol lokalnej drużyny.

Kolejne przeżycie: przesiadka w Abu Dhabi. Przyznaję, że wielobarwność podróżników pochodzenia azjatyckiego ciągle robi na mnie duże wrażenie. Ogrom tłoczących się ludzi, mało czasu na przesiadkę i zmęczenie wygenerowały trochę stresu. Kiedy z językiem na wierzchu biegłam już do gatu zauważyłam samotnie idącego, zapłakanego chłopca. Oczywiście zgubił się, więc logiczne było odprowadzenie go w jakieś bezpieczne miejsce. Ale z drugiej strony, zaraz ucieknie mi samolot! Wtedy znalazła się wybawicielka, która zabrała dziecko do informacji, twierdząc, że ona ma duuużo czasu do samolotu. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie kiedy zobaczyłam ją w samolocie do Sydney. Pojecie czasu jest względne, szczególnie kiedy mamy do czynienia z panikarą Manarem i wyluzowaną Australijką, która wyjaśniła mi, że dziecko znalazło rodziców, a piętnaście minut do odlotu to całkiem dużo:) Oczywiście, ta sytuacja oraz Aussie w Pradze pozwoliły mi na dokonanie pierwszej generalizacji: oni naprawdę mają wyjebane:)
Jeszcze kilka praktycznych info na temat arabskich boeingów. Dostaje się tam kocyki, poduszki, szczoteczki do zębów, opaski na oczy. Każdy pasażer dysponuje monitorem, na którym może oglądać/słuchać, co mu się podoba. No i często serwują jedzonko, czyli to co misie lubią najbardziej:)

Ostatnia ciekawostka podróżnicza – wwóz rzeczy do Australii. Jak już pewnie słyszeliście istnieje długa lista przedmiotów, których przewóz jest zakazany, m.in. produkty pochodzenia zwierzęcego, jedzenie, leki, drewno, futro. Po sprawdzeniu przepisów, obejrzeniu filmu instruktażowego w samolocie, wzięłam te regulacje naprawdę do siebie. W strachu, już w samolocie wyrzuciłam ostatnią aspirynę i polopirynę, a nawet ciasteczka (wyobrażacie sobie poziom mego stresu, skoro byłam do tego zdolna!). Weryfikacja okazała się jednak szybka i pobieżna. Prawdopodobnie ciężko im cokolwiek wykryć bez otwierania każdego bagażu. Dla przykładu, teściowie mojego kuzyna, którzy przylecieli dzień po mnie przewieźli bez problemu kilka kilo jedzenia, których przy kontroli nikt nie zauważył. A moje ciasteczka poszły się...
ja to skomentuje, bo wiem ze wszyscy czytają, ale nie ma komu skomentować :) kangur na ścianie w Czechach jest spoko, ale wolałabym zdjęcie normalnego, zwykłego, prawdziwego kangura - wierze że w końcu go spotkasz :) chociaż to najmniej lubiana przeze mnie postać z Kubusia Puchatka. Co do Abu Dhabi to widzisz Araby zgubili chłopczyka, na pewno chcieli go gdzieś przemycić, dobrze że tam byłaś Manar ;) co do całej reszty to w ch... źle postapiłaś, nie wierze że wyrzuciłaś polskie ciasteczka.... :(
OdpowiedzUsuń