Ze względu na upominanie się głównej bohaterki tego bloga o jakieś aktualności ze stolicy Polandii, postanowiłam trochę szarości wrzucić między australijskie klimaty. Jak widać nie udzielamy się tu za bardzo, bo niestety nasza rzeczywistość nie daje zbyt wiele okazji do jej opisywania. Raz na jakiś czas można jednak coś streścić, zwłaszcza gdy ma się do tego dokumentację obrazkową :)
Z cyklu opowieści z krypty made by Garnek, Borzena & Domi:
Tydzień po "hucznie i radośnie" spędzonym sylwestrze, postanowiłyśmy przybyć na otwarcie nowego warszawskiego klubu o zachęcającej nazwie Kosmos, kosmos. Rozpoczął się długi weekend, więc już w czwartek można było się wyluzować. Przy okazji Kasia świętowała zakończenie pierwszego tygodnia w nowej pracy. Razem z Borzeną w oczekiwaniu na Katarzynę, udałyśmy się do wspomnianego klubu, była godzina 18.30, niestety jak się okazało otwarcie miało nastąpić o 19. Sympatyczna właścicielka (którą potem nieświadomie opieprzyłyśmy zresztą) pozwoliła nam jednak wejść i tak stałyśmy się pierwszymi klientkami. Przywitał nas sympatyczny chłopak z szerokim uśmiechem (ostro zjarany). Zamówiłyśmy więc piwo, a on podszedł i zagaił:
Chłopak: - no i jak wpadłyście? fajnie
Borzena: - no
Chłopak: - i jak?
Borzena: - no fajnie, fajnie, a czyj to był pomysł?
Chłopak: - no wiesz, wiele, wiele osób miało na to wpływ, wiele
Borzena: - aha
poszedł.
W końcu przybyła Kasia, a tłum się stopniow zagęszczał. W pewnym momencie, patrzę Kazik Staszewski siedzi przy stoliku obok, pytam dziewczyn: widziałyście? Na to Borzena: no siedzi - bez emocji skomentowała. Więc i ja odpuściłam sądząc, że ostatnia się zorientowałam, po godzinie Kasia nam doniosła że Kazik jest na sali :) W międzyczasie piwo się rozlało na stół a Borzena sobie uj...a w głowie, że będzie integrować z nami jedną niepełnosprawną dziewczynę. Widząc, że ta siedzi sama powiedziała jej że może się przyłączy do nas. Dziewczyna zostawiła swój stolik, podeszła i po pierwszej wymianie zdań zrezygnowała z dalszej rozmowy z nami....niezbyt zaskakujące. Potem cały czas stała, bo już nie miała gdzie siedzieć. Tak oto Borzena pomaga niepełnosprawnym.
Około 22, kiedy prawdopodobnie miało nastąpić oficjalne otwarcie, zamówiłyśmy kolejne piwa i przeciskając się wyszłyśmy na fajeczkę. Po powrocie się okazało, że jakieś 6 osób siedzi juz na naszych miejscach, pseudo celebrytki warszawskie (czyt. bitches) stwierdziły, że miejsca nie były zarezerwowane i w takiej sytuacji każdy siada tam gdzie wolne. Torebki i 3 pełne szklanki piwa to niewystarczający dla nich znak, że stolik jest zajęty.
Niewiele myśląc stwierdziłyśmy, że wychodzimy. Co z piwem? przecież nie zostawimy...
do dziś nie wiemy, jak wyglądało otwarcie nowego klubu w Warszawie, ale za to wiemy jak świętowali sylwestra ludzie z pobliskiego podwórka ;)
Jak się potem okazało, klub należy do jednego z synów, Kazika S. (to wyjaśnia jego obecność), a koleś który gadał z nami na początku (ten zjarany), to jego drugi syn Janusz - też muzyk zresztą.
Podsumowując, wyszło jak zwykle - kolejne miejsce, w którym lepiej się nie pokazywać, kolejne kilka osób nas nie lubi, 3 szklanki gratis.
p.s. sorki za jakość zdjęć, niestety mój telefon nie wyrabia w nocy.
wtorek, 31 stycznia 2012
niedziela, 29 stycznia 2012
Corn Exchange House
Chyba wreszcie mogę powiedzieć, że czuję się w moim mieszkaniu domowo. Trzynaście osób (początkowe dziesięć się rozmnożyło) to co prawda wyzwanie, szczególnie na poziomie zachowania czystości:p (raz w tygodniu przychodzi do nas sprzątaczka, choć dla mnie efekt jej prac jest niezauważalny). Wszyscy jednak są, lub starają się przynajmniej być, sympatyczni, więc jakoś ten szalony układ działa. A może są to tylko złego dobre początki, czy jakoś tak. Narodowości w naszej norce są następujące: Anglia (3 chłopców, w tym 1 angielski Hindus), Irlandia (1 dziewczynka), Holandia (2 dziewczynki, jedna z mojego pokoju, druga z pokoju obok), Niemcy (kolejna dziewczynka z mojego pokoju, śpiąca na dolnej części naszego piętrowego łóżka które skrzeczy za każdym razem, gdy ktoś się rusza), Niemcy i Mauritius (para, ona z Niemiec, on z odległych wysp), Japonia (w postaci naszego masażysty z centrum japońskiego masażu, choć z nami nie mieszka, to często pije wino i częstuje orzeszkami, jest to starszy Pan, po 50 i chyba jest moim ulubionym mężczyzną w domu, a po dwóch lampkach winka jest skłonny pomasować zmęczone plecy za darmo:)) no i honorowi reprezentanci Australii (2 facetów około 40, jeden z nich jest właścicielem mieszkania, drugi po prostu wynajmuje pokój). Wszyscy pozostali, oprócz trzech ostatnich są w podobnym wieku jak ja, wszyscy, podobnie jak ja pracują; żeńska część w restauracjach, hostelach; męska część pracuje na budowie, jeden chłopak chyba maluje samochody. Australia jest zdecydowanie krajem robotników, więc nasi mężczyźni zarabiają więcej niż kobiety. I gdzie jest to przereklamowane równouprawnienie? Wbrew pozornym siłom, pustaka nie podniosę, więc dalej muszę serfować kawę:p Pomijając kwestie genderowe, życie w moim mieszkaniu toczy się na naszym patio (mamy tam grilla, takiego dużego na gaz), gdzie prawie każdego wieczoru można spotkać kogoś z alkoholem. Jak mogę więc nie czuć się jak u siebie?
| Moja ulica z moim szarym mieszkankiem na rogu |
| Komuś chciało się załatwić taką tablicę i nazwać nasz domek |
| Większe zgromadzenie na patio z okazji BBQ |
Clubbing
Nie byłam w takim typowym klubie lata cale, w Sydney tym bardziej takie miejsca były mi do tej pory nieznane. Centrum klubowo-wyjściowe umiejscowione jest 10min od mojego domku, blisko stacji Kings Cross. Wyobraźcie sobie, ze jest wtorek, a klub jest naładowany tak bardzo, że ciężko się przecisnąć. Menadżerowie dobrze się postarali o dużą frekwencję. Ja i moi znajomi weszliśmy z jedną współlokatorek, która pracuje w hostelu. Hostele są w układach z klubami: w zamian za ludzi, otrzymują darmowy wstęp, dwa drinki i autobus imprezowy, który ludzi dowozi na miejsce. Można przyciągnąć klientów? Można. Zasadniczo, buzia mi się nie zamykała z wrażenia. Ilość ludzi, poziom wystrojenia (we wtorek?), tancerki tańczące na barze, restrykcyjność bramkarzy (np. w kwestii ilości osób palących na balkonie; miejsc jest powiedzmy 30 i więcej osób nie wejdzie, trzeba grzecznie czekać w kolejce, żeby zapalić:)), no i przede wszystkim łatwość poznawania ludzi - wszystko niby pozytywnie, ale ja jakoś nie umiem odnaleźć się w tym świecie. Pewnie gdybym poszła do jakiejś lansiarskiej miejscówki w Warszawie, byłoby podobnie.
wtorek, 24 stycznia 2012
Wet's bar
Zasadniczo miejsce, w którym pracuje jest bardzo malutkie. Kuchnia umiejscowiona jest obok stolików, więc klienci widzą wszystko, co tam się wyprawia. Fenomen mojej śniadaniownio-lunchowni polega na bardzo dobrym jedzonku (też się tego obawiam:)). Serwujemy proste dania – najbardziej popularne są tosty, musli, jajka (na miliony sposobów – smażone, gotowane, sugo, po hiszpańsku…), sałatki. Pije się dużo kawy, świeżych soków czy smoothies. Większość klientów przychodzi regularnie, wielu codziennie. Siadają przy tych samych stolikach, co zwykle, zamawiają to samo, co zwykle. Szczególnie w ciągu tygodnia panuje atmosfera domowo-kapciowa. Powoli poznaję imiona klientów i uczę się ich codziennych zwyczajów. W większości klientami są bogaci, starsi mieszkańcy północnego Bondi, którzy pracują z domu lub po prostu żyją z nieruchomości. W weekendy mamy więcej gości z zewnątrz i musimy się nieźle uwijać. Największym wyzwaniem w pracy, przynajmniej na początku, jest zdecydowanie komplikacja zamówień. Kawę zamawia się z kilkoma przymiotnikami (przykłady TYPOWYCH zamówień: white flat – cokolwiek to znaczy – on skinny milk albo cappucino three quaters on soya milk one sugar, extra hot, no chocolate). Tak samo jest z jedzeniem – zawsze czegoś nie chcą, a w zamian chcą coś ekstra. Kiedy ktoś prosi po prostu o omlet z szynką, naturalne wydaje się pytanie: standardowo? Co prawda, praca przez to jest ciekawsza. W Sydney ogólnie pije się dużo kawy i często je się na mieście. Na każdym kroku są coffee shopy, bez skojarzeń proszę. Choć trudno o malutkie, przytulne kawiarenki w stylu paryskim/warszawsko-praskim, szczególnie przy plaży. Trochę lepiej wygląda to w mojej nowej dzielnicy. Restauracji jest co nie miara, na jednej ulicy wszystko czego dusza zapragnie: kuchnia tajska, włoska, meksykańska – przynajmniej w tym względzie cieszmy się wielokulturowością:p
niedziela, 15 stycznia 2012
Sydney festiwal
Musimy uświadomić sobie jedną ważną rzecz o Australii. Tutaj też pada deszcz. Potrafi nawet mocno. Kiedy więc zgromadzeni w parku na Sydney Festiwalu ukrywaliśmy się pod parasolami (tylko przez wybrane momenty), przypomniałam sobie o polskich warunkach festiwalowych. Uświadomiłam też sobie, że lato niedawno się dla mnie skończyło, a teraz przeżywam je ponownie, a dzięki temu to co najlepsze, czyli piknikowanie, różowe wino, muzykę na żywo i tańce na deszczu. Nie powiem, żeby festiwalowy program sprzyjał biednym studentom, za większość koncertów trzeba słono płacić (ok.60-80 AUD), plus większość biletów jest już wyprzedana. Kto szuka jednak, nie błądzi i znajdzie coś przyjemnego i darmowego za razem, tym razem był to Mike Patton z Faith No More, śpiewający włoskie, stare klasyki - dolce vita!
piątek, 13 stycznia 2012
Po drugiej stronie mostu
W dniach wolnych staram się poznawać nowe miejscówki Sydney. Są to głównie plaże, z których większością jestem już zaznajomiona. Pewnego dnia jednak natknęło mnie na podróż do Zatoki Watsona, gdzie nie ma typowej plaży, ale jak się okazało istnieje możliwość opalania się i pływania. Pierwszy raz w Sydney poczułam się jak na wsi, czyli w końcu jak u siebie:) Watsons Bay była zresztą początkowo rybacką wioską, która dopiero po jakimś czasie została włączona do miasta. Z jednej strony widać klify i niekończącą się przestrzeń oceanu, a z drugiej zatoczkę, miasto i most. Niedaleko zacumowane są statki, a dzieci, no i ja oczywiście, pluskają się w wodzie i ku mojemu przerażeniu bawią się w atak REKINA!!! Jest jeszcze inny ważny akcent, w postaci słynnego miejsca, gdzie można kupić rybę z frytkami, tuż przy przystanku promu. Powyższy opis jest słodki aż do wyrzygania, ale tam na prawdę sielskość aż piszczy.
czwartek, 5 stycznia 2012
Apartamenty
Ostatnio nauczyliśmy się, że świat jest mały. Ale tej mądrości jeszcze Wam nie sprzedawałam: niczego nie planujcie. A morał ten pochodzi z następującej opowiastki: szukanie mieszkania szło mi słabo. Zawsze coś nie pasowało. Albo za drogo, albo syf niedopisania, ale mówię serio – masakiren albo ludzie jacyś wylaszczeni za bardzo. W końcu zostałam z trzema ofertami, spośród których żadna do końca mi nie pasowała. Aby oderwać myśli od tego nieszczęsnego zajęcia spotkałam się z dziewojką, która jest znajomą mojego hosta z gór – Niemka, przebywająca w Australii na wizie work&travel. Spotkałyśmy się w dzielnicy, której wcześniej nie odwiedzałam – Darlighurst (przystanek pociągu – Kings Cross). Znana jest z wielu knajpek, klimatu lekko artystycznego i wielu homoseksualistów (tak przynajmniej z odrazą na twarzy stwierdził mój współlokator) – coś na kształt naszej warszawskiej Pragi, może bez tego ostatniego. Opowiedziałam Veronice, bo tak zowie się dziewoja, o moich mieszkalnych perypetiach, na co ona zaproponowała: musisz zobaczyć moje mieszkanie, bo chyba tam kogoś szukają. Nie byłyśmy pewne do końca jak wygląda sytuacja, nie mogłyśmy się też dodzwonić do właścicielki (mamy teraz okres wakacyjny, więc wszyscy są poza zasięgiem). Po czym spotykamy jedną z współlokatorek Veroniki, a ona opowiada nam tą niesamowitą historię. Spotkała chłopca, on chce ją zabrać na wakacje, ale wyjeżdża już jutro, co ona ma robić?, straci kaucję, bla, bla, bla. O to ciekawe, bo ja szukam mieszkania - odrzekłam, mogę się wprowadzić pod koniec tygodnia. Umowa? Umowa! A zatem, przeprowadzam się do mieszkania z 9 współlokatorami i centrum japońskiego masażu (to nie żart – znajduje się w jednym z pokoi) w dzielnicy 20min od plaży pociągiem i autobusem (nic nie planujcie), w okolicy, w której od razu poczułam się jak w domu. Oczywiście teraz tłumaczę sobie w głowie, że ludzie na Bondi są zbyt bananowi, choć wcześniej to lekceważyłam. No, ale tak to już ze mną jest, lubię naciągać fakty, tak aby wszystko, co spotyka mnie w życiu wydawało mi się najwłaściwsze w danym momencie. To się okaże. Ciąg dalszy nastąpi…
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Reunion
Świat jest bardzo mały, przekonuję się o tym na każdym kroku. Drugą oczywistą mądrością, którą muszę przytoczyć jest fakt, że facebook może być użyteczny. Historia dotyczy zaś spotkania z osobą, z którą bujałam się w Kopenhadze, ale nie widziałam jej od tamtego czasu, choć obydwie byłyśmy w Warszawie. Przeczytawszy jednak na facebooku, że podróżuje po Australii, nie wahałam się odezwać. Tak też doszło do przemiłego reunion w przemiłym czasie sylwestrowo – noworocznym. Dziewczęta (moja kopenhaska znajoma podróżuje z inną dziewczyną, którą notabene też była w tym czasie na Erasmusie w mieście Małej Syrenki) jeżdżą po Australii autostopem (właśnie wyruszają w podróż do Darwin – jedynie kilka tysięcy kilometrów). Z zazdrością słuchałam ich opowieści i postanowiłam, że koniecznie muszę tak pojeździć. Najpierw muszę jednak na to zarobić:) Czas upłynął nam leniwie na plażowaniu, gadaniu i spotykaniu couch surferów, m.in. na sylwestra. Sam sylwester przyciąga do Sydney tłumy. Nie widziałam tutaj czegoś takiego do tej pory. Dziś dostanie się na prom na jedną z plaż zajmowało około godziny – sam czas oczekiwania, żeby na niego wsiąść! W noc sylwestrową opera była tak obstawiona, że ludzie czatowali tam od rana, żeby zdobyć lepsze miejsca. Ja oglądałam fajerwerki o 21.00 (wtedy organizowany jest pokaz dla dzieci) z drugiej strony słynnego mostu, a później o właściwej godzinie z mieszkania, gdzie imprezowałyśmy (widok numer dwa, choć dalszy to lepszy). Zasadniczo, dzisiaj rzucając się na fale w oceanie naprawdę poczułam taką radość i z przykrością muszę stwierdzić, że sama myśl o polskiej zimie przyprawia mnie o dreszcze. Nie wiem co się ze mną dzieje, ale stwierdzam, że moja deklarowana zimnolubność chyba była trochę pozorowana. A może to jeszcze zamroczenie posylwestrowe?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



