Świat jest bardzo mały, przekonuję się o tym na każdym kroku. Drugą oczywistą mądrością, którą muszę przytoczyć jest fakt, że facebook może być użyteczny. Historia dotyczy zaś spotkania z osobą, z którą bujałam się w Kopenhadze, ale nie widziałam jej od tamtego czasu, choć obydwie byłyśmy w Warszawie. Przeczytawszy jednak na facebooku, że podróżuje po Australii, nie wahałam się odezwać. Tak też doszło do przemiłego reunion w przemiłym czasie sylwestrowo – noworocznym. Dziewczęta (moja kopenhaska znajoma podróżuje z inną dziewczyną, którą notabene też była w tym czasie na Erasmusie w mieście Małej Syrenki) jeżdżą po Australii autostopem (właśnie wyruszają w podróż do Darwin – jedynie kilka tysięcy kilometrów). Z zazdrością słuchałam ich opowieści i postanowiłam, że koniecznie muszę tak pojeździć. Najpierw muszę jednak na to zarobić:) Czas upłynął nam leniwie na plażowaniu, gadaniu i spotykaniu couch surferów, m.in. na sylwestra. Sam sylwester przyciąga do Sydney tłumy. Nie widziałam tutaj czegoś takiego do tej pory. Dziś dostanie się na prom na jedną z plaż zajmowało około godziny – sam czas oczekiwania, żeby na niego wsiąść! W noc sylwestrową opera była tak obstawiona, że ludzie czatowali tam od rana, żeby zdobyć lepsze miejsca. Ja oglądałam fajerwerki o 21.00 (wtedy organizowany jest pokaz dla dzieci) z drugiej strony słynnego mostu, a później o właściwej godzinie z mieszkania, gdzie imprezowałyśmy (widok numer dwa, choć dalszy to lepszy). Zasadniczo, dzisiaj rzucając się na fale w oceanie naprawdę poczułam taką radość i z przykrością muszę stwierdzić, że sama myśl o polskiej zimie przyprawia mnie o dreszcze. Nie wiem co się ze mną dzieje, ale stwierdzam, że moja deklarowana zimnolubność chyba była trochę pozorowana. A może to jeszcze zamroczenie posylwestrowe?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz