wtorek, 24 stycznia 2012

Wet's bar

 Zasadniczo miejsce, w którym pracuje jest bardzo malutkie. Kuchnia umiejscowiona jest obok stolików, więc klienci widzą wszystko, co tam się wyprawia. Fenomen mojej śniadaniownio-lunchowni polega na bardzo dobrym jedzonku (też się tego obawiam:)). Serwujemy proste dania – najbardziej popularne są tosty, musli, jajka (na miliony sposobów – smażone, gotowane, sugo, po hiszpańsku…), sałatki. Pije się dużo kawy, świeżych soków czy smoothies. Większość klientów przychodzi regularnie, wielu codziennie. Siadają przy tych samych stolikach, co zwykle, zamawiają to samo, co zwykle. Szczególnie w ciągu tygodnia panuje atmosfera domowo-kapciowa. Powoli poznaję imiona klientów i uczę się ich codziennych zwyczajów. W większości klientami są bogaci, starsi mieszkańcy północnego Bondi, którzy pracują z domu lub po prostu żyją z nieruchomości. W weekendy mamy więcej gości z zewnątrz i musimy się nieźle uwijać. Największym wyzwaniem w pracy, przynajmniej na początku, jest zdecydowanie komplikacja zamówień. Kawę zamawia się z kilkoma przymiotnikami (przykłady TYPOWYCH zamówień: white flat – cokolwiek to znaczy – on skinny milk albo cappucino three quaters on soya milk one sugar, extra hot, no chocolate). Tak samo jest z jedzeniem – zawsze czegoś nie chcą, a w zamian chcą coś ekstra. Kiedy ktoś prosi po prostu o omlet z szynką, naturalne wydaje się pytanie: standardowo? Co prawda, praca przez to jest ciekawsza. W Sydney ogólnie pije się dużo kawy i często je się na mieście. Na każdym kroku są coffee shopy, bez skojarzeń proszę. Choć trudno o malutkie, przytulne kawiarenki w stylu paryskim/warszawsko-praskim, szczególnie przy plaży. Trochę lepiej wygląda to w mojej nowej dzielnicy. Restauracji jest co nie miara, na jednej ulicy wszystko czego dusza zapragnie: kuchnia tajska, włoska, meksykańska – przynajmniej w tym względzie cieszmy się wielokulturowością:p   
 


2 komentarze:

  1. To ja skomentuje, żeby Ci nie było smutno, że nikt nie komentuje. Super, że ciągle piszesz i można się na chwilę przenieść do kangurlandu! Pozdro

    OdpowiedzUsuń