niedziela, 29 stycznia 2012

Clubbing

Nie byłam w takim typowym klubie lata cale, w Sydney tym bardziej takie miejsca były mi do tej pory nieznane. Centrum klubowo-wyjściowe umiejscowione jest 10min od mojego domku, blisko stacji Kings Cross. Wyobraźcie sobie, ze jest wtorek, a klub jest naładowany tak bardzo, że ciężko się przecisnąć. Menadżerowie dobrze się postarali o dużą frekwencję. Ja i moi znajomi weszliśmy z jedną współlokatorek, która pracuje w hostelu. Hostele są w układach z klubami: w zamian za ludzi, otrzymują darmowy wstęp, dwa drinki i autobus imprezowy, który ludzi dowozi na miejsce. Można przyciągnąć klientów? Można. Zasadniczo, buzia mi się nie zamykała z wrażenia. Ilość ludzi, poziom wystrojenia (we wtorek?), tancerki tańczące na barze, restrykcyjność bramkarzy (np. w kwestii ilości osób palących na balkonie; miejsc jest powiedzmy 30 i więcej osób nie wejdzie, trzeba grzecznie czekać w kolejce, żeby zapalić:)), no i przede wszystkim łatwość poznawania ludzi - wszystko niby pozytywnie, ale ja jakoś nie umiem odnaleźć się w tym świecie. Pewnie gdybym poszła do jakiejś lansiarskiej miejscówki w Warszawie,  byłoby podobnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz