sobota, 20 października 2012

Sunshine Coast vs Gold Coast



Na wschodnim wybrzeżu istnieją dwa kompleksy plaż i kurortów. Jeden położony na Północ od Brisbane – tak zwane Sunshine Coast oraz ten położony na Południe – Gold Coast. Część Północna ma bardziej rodzinno-luksusowy charakter, Południowa zaś – młodzieżowo-imprezowy.  Miejscowości położone na Słonecznym Wybrzeżu są bardzo podobne – długie plaże, urocze kafejki, trochę surferów, ktoś organizuje ślub na plaży, dziadki się opalają, wszystko jest schludne i ładne (warta zobaczenia jest szczególnie mieścina Noosa). Na południu położone jest słynne Surfers Paradaise, czyli najbardziej imprezowe miejsce w Australii. Dla mnie osobiście twór to przedziwny i niezbyt stylowy – mnóstwo wieżowców zbudowanych przy samej plaży, dyskotek, i McDonaldów. Złote M było i ciągle jest ważnym punktem w podróżach po Antypodach. Po pierwsze można zaopatrzyć się tam w stosunkowo tanie jedzenie – podwójny cheeseburger jedynie 2 dolary, a lody – 30 centów! Po drugie, gdzie McDonald, tam Internet. Zwodzeni tymi walorami wypatrywaliśmy złotych liter z wyczekaniem. Jak sama nazwa wskazuje na Złotym Wybrzeżu mieszkają złoci ludzie, którzy kochają złote litery, a złote M jest ich ulubioną. Nie powinno więc dziwić, że na dystansie ok. 50 km widzieliśmy co najmniej 20 McDonaldów, istne szaleństwo. Pomimo zimy spaliśmy na przy plażowych parkingach, gdzie pomimo zimy spotykaliśmy ludzi paradujących w krótkich rękawkach, no i oczywiście surferów. Przemierzając setki kilometrów wschodniego wybrzeża zrozumiałam też dlaczego jest ono tak popularne. Cywilizacja dookoła, blisko do dużych miast, a mimo wszystko blisko natury i dziko, a plaże są po prostu piękne, czyli wszystko czego dusza pragnie. 

Złote M





Surfers Paradaise z oddali nabiera trochę romantyzmu









piątek, 19 października 2012

Fraser Island



Przez wielu ukochane miejsce na wschodnim wybrzeżu. Zdecydowanie odrastające od pozostałych w tym regionie – natura jest dziewicza, bogata, różnorodna. Wyspa jest niezamieszkana, spotkać tam można tylko turystów. Na jej zwiedzanie trzeba mieć specjalne pozwolenie i samochód z napędem na cztery koła, dlatego ponownie oddałyśmy się w ręce biura podróży. Jednodniowa wycieczka polegała na przemierzaniu plaży, oglądaniu skał (to w końcu moje ulubione zajęcie w australijskiej dziczy), i kąpieli w zimnym jeziorze, która podobnież miała mieć efekt odmładzający ze względu na poziom Ph oraz nieskazitelną czystość. Chyba musiałbym kąpać się tam codziennie przez kilka godzin, żeby coś zauważyć. Ja oczywiście naiwnie marzłam tam przez kilka minut w oczekiwaniu na cud! Oprócz turystów można tam też napotkać psy dingo, które mogą być niebezpieczne. Dlatego żadnego jedzenia poza pomieszczeniami zamkniętymi, żadnych śmieci i trzymamy się w grupach. Krajobraz wydawał się jednak podejrzanie znajomy. Wszystkie trzy pochodzące z krajów nadbałtyckich, jednogłośnie stwierdziłyśmy, że czujemy się trochę jak nad Bałtykiem: podobne plaże, podobna roślinność, jakoś tak swojsko; tylko nikt się nie kąpie, bo rekiny czyhają.  








poniedziałek, 8 października 2012

Wschodnie Wybrzeże



Jest to najpopularniejsza trasa turystyczna, a także rekreacyjna dla samych Australijczyków. Podróżowanie jest tam bułką z masłem, po drodze mija się wiele miasteczek, wioseczek, kurorcików. Jest łatwo, przyjemnie i uroczo. Po pewnym czasie jest to jednak kolejna plaża i kolejna mieścina, co może się trochę znudzić. Adrenaliny dodawało nam prowadzenie wypożyczonego campervana. Musiałyśmy bowiem rozstać się z naszymi mężczyznami i na południe podążać już samodzielnie. Trzy baby, z których żadna nie potrafi porządnie prowadzić! Trochę stresu się najadłyśmy, ale w końcu jesteśmy w Australii, więc po prostu trzeba było wyluzować.   
Osobiście uważam, że najciekawszym punktem wycieczki były wyspy Whitsundays. Udaliśmy się tam ze zorganizowaną grupą i choć przewodnicy nas irytowali, a grupy rozwydrzonych amerykańskich nastolatków doprowadzały do szału, ten mały cud natury był zjawiskiem! Piasek tam jest bowiem przedziwnie biały, a woda błękitna, słońce było na tyle przyjemne, że mogliśmy trochę poplażować, kolejny raz po prostu bajkowo. Na dłuższą metę jednak zbyt tłocznie. W samym miasteczku, z którego wyruszają wycieczki na wyspy – Airlie Beach są chordy turystów. Musiałyśmy się więc skrzętnie kryć po parkingach, bo proceder spania w samochodzie jest w większości miejsc nielegalny. Im więcej vanów, tym większa prawdopodobność, że straż miejska będzie na tyle gorliwa, żeby posprawdzać biwakujących. Tak też uczyniono jednej nocy i trzeba było wiać na inny parking. Zabawa w kotka i myszkę była generalnie częścią przygody przez kolejnych kilka dni, ale później wyćwiczyłyśmy już sobie metody kamuflażowe i mogłyśmy w pełni rozkoszować się luksusem łóżka na kółkach.   



Airlie Beach, przystanek przy publicznych toaletach

Whitsundays1

Whitsundays2

3

4


5




czwartek, 4 października 2012

Na krańcu

Większość turystów kończy swoje przygody na wschodnim wybrzeżu we wspomnianym Cairns. Zaciągnąwszy jednak opinii kilku osób, postanowiliśmy udać się trochę bardziej na północ – do samego końca dostępnego dla samochodów dwukołowych,  a mianowicie Cape Tribulation. Te dwa punkty są oddalone od siebie jedyne o 100 km (na standardy australijskie jest to doprawdy rzut beretem). Moim zdaniem jest to najbardziej magiczne 100 km na całych Antypodach. Droga wije się bowiem nad samą wodą, pełna jest zakrętów i wzniesień. Mijaliśmy kilka uroczych miasteczek, między innymi Port Douglas i Mossman. Zasadniczo przy samej trasie położone są plaże, na których bezproblemowo i bez tłoku można biwakować. Tak też i my uczyniliśmy.
Ponad plażami mieści się las deszczowy, do którego można się dostać jedynie promem. Las deszczowy jak to las deszczowy: wilgotny, gorący i mnóstwo owadów. Park narodowy, w ramach którego mieści się las jest profesjonalnie zorganizowany, z dróżkami i mapkami. Raz jednak po prostu wpadliśmy na pomysł, żeby pospacerować poza główną drogą, bardziej przygodowo. Na drzewach ciągle widniały oznaczenia, ale trasa była na tyle zawiła, że głuptasy ciągle się gubiły. W pewnym momencie myślałam naprawdę, że nie wydostaniemy się z tej dżungli i umrzemy razem pożarci przez małpy. No ale w końcu udało się przedrzeć do cywilizacji. W pewnym momencie las deszczowy dosięga plaży. Widoki iście epickie, ludzi mało, jak dla mnie trochę raj na ziemi.
Ulubionym moim miejscem było jednak Daintree Village, oddalone od wybrzeża o kilka kilometrów. Wioska ta w moim odbiorze jest połączeniem Hawajów i Szkocji. Rozłożyste pagórki, zielone łąki, a wszystko okraszone palmami. Ludzie sielscy, nawet mi pracę tam zaproponowano, o dziwo nie w agencji towarzyskiej, tylko w biurze podróży. Pewnie proponują ją wszystkim, bo żadna tania siła robocza tam nie dociera; chętnych na osadzenie się na dłużej pewnie też jest mało, bo i daleko, i w izolacji, i tropikalnie. No ale jako zadeklarowany dzikus oczywiście bym się zgodziła gdyby nie inne zobowiązania. 



W lesie deszczowym - ciągle na trasie...

...I trochę poza trasą

Tam gdzie las deszczowy spotyka się z plażą




Moje szkockie Hawaje