czwartek, 4 października 2012

Na krańcu

Większość turystów kończy swoje przygody na wschodnim wybrzeżu we wspomnianym Cairns. Zaciągnąwszy jednak opinii kilku osób, postanowiliśmy udać się trochę bardziej na północ – do samego końca dostępnego dla samochodów dwukołowych,  a mianowicie Cape Tribulation. Te dwa punkty są oddalone od siebie jedyne o 100 km (na standardy australijskie jest to doprawdy rzut beretem). Moim zdaniem jest to najbardziej magiczne 100 km na całych Antypodach. Droga wije się bowiem nad samą wodą, pełna jest zakrętów i wzniesień. Mijaliśmy kilka uroczych miasteczek, między innymi Port Douglas i Mossman. Zasadniczo przy samej trasie położone są plaże, na których bezproblemowo i bez tłoku można biwakować. Tak też i my uczyniliśmy.
Ponad plażami mieści się las deszczowy, do którego można się dostać jedynie promem. Las deszczowy jak to las deszczowy: wilgotny, gorący i mnóstwo owadów. Park narodowy, w ramach którego mieści się las jest profesjonalnie zorganizowany, z dróżkami i mapkami. Raz jednak po prostu wpadliśmy na pomysł, żeby pospacerować poza główną drogą, bardziej przygodowo. Na drzewach ciągle widniały oznaczenia, ale trasa była na tyle zawiła, że głuptasy ciągle się gubiły. W pewnym momencie myślałam naprawdę, że nie wydostaniemy się z tej dżungli i umrzemy razem pożarci przez małpy. No ale w końcu udało się przedrzeć do cywilizacji. W pewnym momencie las deszczowy dosięga plaży. Widoki iście epickie, ludzi mało, jak dla mnie trochę raj na ziemi.
Ulubionym moim miejscem było jednak Daintree Village, oddalone od wybrzeża o kilka kilometrów. Wioska ta w moim odbiorze jest połączeniem Hawajów i Szkocji. Rozłożyste pagórki, zielone łąki, a wszystko okraszone palmami. Ludzie sielscy, nawet mi pracę tam zaproponowano, o dziwo nie w agencji towarzyskiej, tylko w biurze podróży. Pewnie proponują ją wszystkim, bo żadna tania siła robocza tam nie dociera; chętnych na osadzenie się na dłużej pewnie też jest mało, bo i daleko, i w izolacji, i tropikalnie. No ale jako zadeklarowany dzikus oczywiście bym się zgodziła gdyby nie inne zobowiązania. 



W lesie deszczowym - ciągle na trasie...

...I trochę poza trasą

Tam gdzie las deszczowy spotyka się z plażą




Moje szkockie Hawaje



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz