Jest to najpopularniejsza trasa turystyczna, a także rekreacyjna dla samych
Australijczyków. Podróżowanie jest tam bułką z masłem, po drodze mija się wiele
miasteczek, wioseczek, kurorcików. Jest łatwo, przyjemnie i uroczo. Po pewnym
czasie jest to jednak kolejna plaża i kolejna mieścina, co może się trochę
znudzić. Adrenaliny dodawało nam prowadzenie wypożyczonego campervana.
Musiałyśmy bowiem rozstać się z naszymi mężczyznami i na południe podążać już
samodzielnie. Trzy baby, z których żadna nie potrafi porządnie prowadzić!
Trochę stresu się najadłyśmy, ale w końcu jesteśmy w Australii, więc po prostu
trzeba było wyluzować.
Osobiście uważam, że najciekawszym punktem wycieczki były wyspy Whitsundays.
Udaliśmy się tam ze zorganizowaną grupą i choć przewodnicy nas irytowali, a
grupy rozwydrzonych amerykańskich nastolatków doprowadzały do szału, ten mały
cud natury był zjawiskiem! Piasek tam jest bowiem przedziwnie biały, a woda
błękitna, słońce było na tyle przyjemne, że mogliśmy trochę poplażować, kolejny
raz po prostu bajkowo. Na dłuższą metę jednak zbyt tłocznie. W samym
miasteczku, z którego wyruszają wycieczki na wyspy – Airlie Beach są chordy
turystów. Musiałyśmy się więc skrzętnie kryć po parkingach, bo proceder spania
w samochodzie jest w większości miejsc nielegalny. Im więcej vanów, tym większa
prawdopodobność, że straż miejska będzie na tyle gorliwa, żeby posprawdzać
biwakujących. Tak też uczyniono jednej nocy i trzeba było wiać na inny parking.
Zabawa w kotka i myszkę była generalnie częścią przygody przez kolejnych kilka
dni, ale później wyćwiczyłyśmy już sobie metody kamuflażowe i mogłyśmy w pełni rozkoszować
się luksusem łóżka na kółkach.


 |
| Airlie Beach, przystanek przy publicznych toaletach |
 |
| Whitsundays1 |
 |
| Whitsundays2 |
 |
| 3 |
 |
| 4 |
 |
| 5 |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz