piątek, 19 października 2012

Fraser Island



Przez wielu ukochane miejsce na wschodnim wybrzeżu. Zdecydowanie odrastające od pozostałych w tym regionie – natura jest dziewicza, bogata, różnorodna. Wyspa jest niezamieszkana, spotkać tam można tylko turystów. Na jej zwiedzanie trzeba mieć specjalne pozwolenie i samochód z napędem na cztery koła, dlatego ponownie oddałyśmy się w ręce biura podróży. Jednodniowa wycieczka polegała na przemierzaniu plaży, oglądaniu skał (to w końcu moje ulubione zajęcie w australijskiej dziczy), i kąpieli w zimnym jeziorze, która podobnież miała mieć efekt odmładzający ze względu na poziom Ph oraz nieskazitelną czystość. Chyba musiałbym kąpać się tam codziennie przez kilka godzin, żeby coś zauważyć. Ja oczywiście naiwnie marzłam tam przez kilka minut w oczekiwaniu na cud! Oprócz turystów można tam też napotkać psy dingo, które mogą być niebezpieczne. Dlatego żadnego jedzenia poza pomieszczeniami zamkniętymi, żadnych śmieci i trzymamy się w grupach. Krajobraz wydawał się jednak podejrzanie znajomy. Wszystkie trzy pochodzące z krajów nadbałtyckich, jednogłośnie stwierdziłyśmy, że czujemy się trochę jak nad Bałtykiem: podobne plaże, podobna roślinność, jakoś tak swojsko; tylko nikt się nie kąpie, bo rekiny czyhają.  








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz