wtorek, 20 grudnia 2011

Turisztasz

W końcu powędrowałam na ścieżkę typowego turysty w Sydney i udałam się zobaczyć operę oraz Harbour Bridge z bliska. Poranek minął mi co prawda w miejscu typowym dla imigrantów – centrum medycznym specjalizującym się w badaniach niezbędnych do uzyskania wizy, ale sprawnie działający system opieki medycznej (za drobną opłata 274$!) pozostawił mi całe popołudnie wolne. Ze świeżo zakupioną tygodniową kartą miejską (jedynie 41$; Australia na wzór Anglii działa systemem tygodniowym) postanowiłam poużywać sobie tutejszych atrakcji. Atrakcje jak to atrakcje, wyglądają tak jak na zdjęciach w przewodniku, czyli ładnie:) Największym walorem dzisiejszej wycieczki było odkrycie nowej fascynacji australijskiej, jaką są promy! Komunikacja miejska opiera się także na tym środku transportu (oprócz tego mamy najważniejsze pociągi , a także autobusy – przynajmniej tylko tyle odkryłam). W ramach karty miejskiej mogę sobie także popływać statkami. Och, jak mi się podobają! Trącą trochę starymi czasami, trochę przygodą, trochę luksusem (bardziej niż łodzie mam na myśli dzielnice, do których prowadzą wodne autobusy, bo te są wypasione). A więc Ahoj!

Jedna z przypromowych dzielnic

Jeden z promowych przystanków 

3 komentarze:

  1. Oh jak fajnie, piszesz!
    Kupisz rower?

    OdpowiedzUsuń
  2. A moze natrafisz na ten skradziony :)

    OdpowiedzUsuń
  3. no właśnie też miałam pisać, że AnaMa powinna robić to zawodowo (pisać w sensie), bo zna się na rzeczy.

    OdpowiedzUsuń