środa, 20 marca 2013

Angkor

Dla wielu turystów w Kambodży ruiny świątyń Angkoru położone 4 kilometry od miasta Siem Reap są jednym celem podróży w tym kraju. W globalnym ujęciu jest to topowa atrakcja turystyczna. Zrozumiałam całe szaleństwo kiedy tylko po raz pierwszy ujrzałam zachodzące słońce nad ruinami. Wschód zrobił jeszcze większe wrażenie. Choć muszę przyznać, że po ośmiu godzinach zwiedzania w upale na rowerze miałam już dosyć tych murów! Zakupiliśmy jednodniowy bilet wstępu za 20 dolarów, który można było wykorzystać już dnia wcześniejszego po godzinie 17.00, próbowaliśmy więc sprężyć się niemiłosiernie i zobaczyć jak najwięcej, a przy okazji prawie nabawiliśmy się udaru.
Siem Reap zapadł w naszej pamięci nie tylko z powodu świątyń. Po pierwsze primo dzieci. W pewnym momencie zboczyliśmy z popularnej trasy wokół najważniejszych zabytków i dotarliśmy do wioski położonej w przybliżeniu 5 minut od słynnych ruin. Lokalne dzieci szybko wyczuły intruzów i ogonkiem zaczęły za nami podążać na rowerach. Bardzo pomocne, kompetentne zabrały nas do zabytku ulokowanego na skraju wioski. Nauczeni doświadczeniem wyniuchaliśmy, że zbyt sympatyczne podejście, nawet niewinnych dzieci kryje jakąś zasadzkę. Tak i tym razem na koniec podróży dzieci pokazały nam kartkę, tłumaczącą potrzeby szkoły i datków na ich instytucję. Dodatkowo, cwaniaki zaczęły domagać się napiwków za rolę przewodników. Podobnie przebiegało zwiedzanie w całym kraju, w ciągłym poczuciu, że ktoś chciałby nas na coś naciągnąć, w sumie najlepiej na gotówkę.
Może śmieszyć, że rozpisuję się tak intensywnie dywagując nad stratą kilku dolarów, ale skupiam się raczej na uczuciu oszukania, które mnie frustrowało. Kolejnym przykładem jest hostel, ’polecony’ nam przez tuktukarza. Jakoś niefortunnie się złożyło, że w naszej części Siem Reap wysiadł prąd na dwa dni. Zapłaciliśmy podwójną stawkę standardowego pokoju za klimatyzację i ciepłą wodę, której oczywiście zabrakło z powodu awarii. Nie dziwiło nas tak bardzo przepłacenie za ciemny, brudny, głośny, a co najgorsze nieziemsko gorący pokój. Najbardziej dziwiła nas bezczelność obsługi, która wieczorem pod pretekstem ciszy i ciemni oferowała nowym turystom pokoje z pełnym wyposażeniem, pomimo braku prądu. A głupie białasy nawet się nie orientowały…
Na zawsze zapamiętamy też inną szkołę na terenie Angkoru, zasponsorowaną przez naszą Fundację Polsat. Nigdy nie zapomnimy również smaku pizzy ‘Szczęśliwe Zioła’, w której serwowano sami możecie się domyślić co. Zasadniczo, niskich cen i łatwo dostępności marihuany nie można nie wspomnieć. 
Na pewno, przebywanie w turystycznych miejscach i krótki okres naszego pobytu nie pozwoliły na obiektywną ocenę kraju. Wiadomo, że tam gdzie biali, tam i kłopoty. No więc i nam się oberwało za ekspresowe zwiedzanie i turystyczny szlak. Wolę jednak wolniej i więcej, oby jak najczęściej się udawało.    

















Etap: dajcie mi wy wszyscy święty spokój


Nasi 'przewodnicy'

wtorek, 19 marca 2013

Wioski na wodzie

A na wodzie żyją sobie ludzie. Mają tam domy, sklepy, jadłodajnie, nawet boisko im ONZ sfinansowała. Wygląda to o wiele bardziej prowizorycznie niż brzmi. A bieda aż bije po oczach. Dziewięcio godzinną trasę Battambang – Siem Riep przemierzyliśmy na zatłoczonej podłużnej łodzi. O mało jaj nie znieśliśmy od tego siedzenia w upale. Ale dla tych widoków ani minuty obolałego tyłka nie żałuję.  















czwartek, 14 marca 2013

Kambodża

Och co za kraj! Och co za tydzień! Uczucia mam mieszane na całej linii. Po przekroczeniu granicy różnicę rozwojową pomiędzy Kambodżą i Tajlandią widać gołym okiem. Żeby zrozumieć trzeba troszkę postudiować khmerską historię, a szczególnie jej tragiczne momenty. Kambodża przeżyła czas rozkwitu i silnej państwowości w okresie Angkoru, kiedy wybudowano między innymi słynne na całym świecie świątynie. Otoczona jednak silnymi sąsiadami – Tajlandią i Wietnamem ciągle wpadała w jakieś tarapaty: to jedni zagrabili wystrój świątyń, to inni zajęli kawałek lądu. A na dokładkę ok. 35 lat temu Kambodżanie sami sobie zgotowali piekło na ziemi. Mam oczywiście na myśli Czerwonych Khmerów, którzy terrorem przeorganizowali państwo w komunistyczną komórkę. Jak w innych czerwonych państwach zakazano wolności słowa i zlikwidowano własność prywatną. W Kambodży posunięto się jednak o wiele dalej. Ludzi przesiedlono na wsie, gdzie pod przymusem pracowali na roli. Zamknięto szkoły, pocztę, granice. Wszelkie sprzeciwy likwidowano, dosłownie rzecz ujmując. Czerwoni Khmerowie wprawili się w ludobójstwo w masowej ilości i nazistowskiej brutalności – w przeciągu 4 lat ich rządów zginęło 20–25% ludności kraju: część z wyczerpania, część z głosu, część przez tortury, a większość po prostu zabito.
Historię tę poznaliśmy dokładnie dopiero na końcu naszej kambodżańskiej przygody w  Phnom Penh, gdzie ślady ludobójstwo otaczają turystów z każdej strony. Dopiero wtedy nabraliśmy pokory i większego zrozumienia. Do tego momentu trochę się irytowaliśmy. Oto dlaczego.
Już samo przekroczenie granicy było przygodą. Całonocnym autobusem dotarliśmy z Północy  do Bangkoku, skąd skoro świt ruszyliśmy pociągiem do granicy. Później taksówką ze stacji wybraliśmy się na przejście. Taksówki zawiozły nas jednak do podejrzanie odizolowanego biura, które ‘podobno’ było jednym miejscem, gdzie można uzyskać kambodżańską wizę, co było oczywiście blefem. Dalej na pieszo, do prawdziwego biura, czekaliśmy długo w kolejce, proces ten można było przyspieszyć łapówką (w Kambodży łapówki są powszechne), ale my woleliśmy postać. Z granicy dostaliśmy się taksówką do Battambang (koszt 25 dolarów za 2 godzinny kurs). Kolejny dzień spędzony na powolnym przemieszczaniu się.
Co przykuło naszą uwagę to nieustępliwość miejscowych. Jeśli ktoś się do Ciebie przyczepił, co było wielce prawdopodobne kilka razy dziennie, to odczepić się nie chciał. Poczynając od taksówkarzy (co jest dość powszechne w całym regionie, więc nie byliśmy zdziwieni), poprzez ‘doradców’, którzy pojawiają się na każdym przystanku, kończąc na żebrzących dzieciach. O większość cen trzeba się targować, nawet o ceny za nocleg. W wielu miejscach w ogóle nie ma podanych cen (nawet w sklepach spożywczych), płaci się więc na wygląd. Musieliśmy wyglądać całkiem nieźle, bo wszystko wydawało nam się drogie. A może po prostu nie byliśmy przyzwyczajeni do obracania amerykańskimi dolarami, którymi powszechnie płaci się w Kambodży. Jedyny skrajnie tani produkt (już od pół dolara za 0,3 litra) – nasze ukochane piwo – chyba nas ocaliło, bo w sumie nic tak nie uspokaja jak zimne piwko w upalny dzień. 

Pociągiem do granicy...


Przez granicę wszystko da się przewieźć, każdym sposobem

Pierwszy toast na nowej ziemi

Najpopularniejszy miejski środek transportu

U dentysty warunki sterylne



Szkoła przerobiona na więzienie przez Czerwonych Khmerów





środa, 13 marca 2013

Słonie



Słoni na wolności żyje w Tajlandii mała garstka. Większość z nich została udomowiona i jest wykorzystywana do transportu drewna lub wielu innych celów, między innymi turystycznych. Ze słoniami podobnie jak i z całym biznesem turystycznym występuje wiele nadużyć: wspomniana jazda na słoniu, popisy cyrkowe czy trzymanie słoni na uwięzi przy drodze w celu zbierania jałmużny na ich wyżywienie są powszechnym zjawiskiem. Część słoniowych obozów i sanktuariów odkupuje słonie i chroni przed ciężką pracą. Można łatwo pogubić się co dla tych zwierząt jest dobre, ponieważ w wielu wypadkach wykupienie słonia oznacza, że z jednego niewolnictwa wpada on w drugie, tym razem bardziej cyrkowe. Aby wyszkolić słonie na upodobanie turystów bije się je, zmusza do nienaturalnego klękania i popisów, dzieci odseparowuje się od matek, itd. itp.
Słonie jednak chcieliśmy zobaczyć, dlatego po długich poszukiwaniach udaliśmy się w miejsce z dobrą reputacją (Baan Chang Elephant Park), gdzie zwierzęta powinno traktować się etycznie. Mimo wszystko cały biznes wywołał mieszane uczucia, ponieważ słonie w wybranym przez nas parku mają mało miejsca na spacery, przez część dnia trzymane są na łańcuchach, a dzieci odseparowuje się od matek na miesiąc. Justyna będąca obrońcą zwierząt była szczególnie poruszona całą sytuacją. Dyskutowała nawet z właścicielem parku, który twierdzi, że stwarzają zwierzętom najlepsze warunki na jakie mogą sobie pozwolić i ciągle rozbudowują park, aby polepszyć życie słoni. Zdecydowanie był to biznes z dobrą wola, bo ogólnie wyczuwalna była tam aura szacunku i miłości do słoni. Ważne jest, aby zrozumieć problem i nie wspierać słoniowego niewolnictwa. Powoli rodzi się wzrost świadomości wśród turystów. Sama osobiście jestem świetnym przykładem ignorancji, bo nie wiedziałam zbyt wiele o słoniowej sytuacji. Dopiero nauki Justyny otworzyły mi trochę oczy i nastawiły bojowo. Ze słoniami moi mili trzeba więc obchodzić się delikatnie, zapamiętać i przekazać w świat poproszę!











poniedziałek, 4 marca 2013

Północ




Chiang Mai jest bardzo turystycznym miastem: meksykańskie, niemieckie czy burgerowe knajpy gęsto zdobią centrum. Słynny jest tam też nocny market, gdzie o dobre ceny trzeba się nieźle targować. Poza tym samo miasto nie grzeszy pięknem czy imponującymi zabytkami. Jest za to siedzibą wszelkiego rodzaju atrakcji: kursów kucharskich, masażów, raftingu, jazdy na słoniach czy oglądaniu ludów z długimi szyjami w górskich wioskach. Wystarczy 100 złotych, a w pakiecie dostaniecie wszystkiego po trosze. Jednak większość firm nie wpasowuje się w nasze pojęcie turystyki: wyreżyserowane wioski, gdzie przymusza się lokalne ludy do noszenia bransoletek na szyje, bo to właśnie cieszy się największą popularnością wśród turystów. Tam pójść nie mogliśmy. Po długich poszukiwaniach internetowych znaleźliśmy w końcu opcję, która nam odpowiadała: położny na końcu świata tuż przy samej Birmie hostel Cave Lodge prowadzony przez Australijczyków. Za ich pośrednictwem udaliśmy się na dwudniową wyprawę w góry do wioski ludu Karen, który żyje w odseparowanych wzgórzach, w mniej rozwiniętych warunkach i posługuje się językiem znacznie różniącym się od tajskiego. Bardzo unikalne doświadczenie: spać w autentycznej wiosce, spotkać tych wszystkich przedziwnie wyglądających ludzi, nasłuchać się o ichniejszej medycynie i całym sposobie życia. Nawet 5 godzinna podróż krętymi ścieżkami z rozstrojonym żołądkiem nie zmąciła aury magiczności.



Kolejny autostop

W hostelu



Wędrówka do wioski z Panią przewodnik

Kurkuma jest podobnież środkiem kojącym ukąszenia komarów


W wiosce