czwartek, 29 grudnia 2011

Blue Mountains

Porozmawiajmy o podświadomości. Mam ostatnio bardzo dziwne sny. Sen numer 1. Jestem w ciąży, czekam na poród, jest przy mnie mama. Nie jestem jednak do końca pewna czy jestem w tej ciąży. Ale to już dzień porodu, więc trzeba się dowiedzieć. Choć jestem w szpitalu, żaden lekarz nie przychodzi, nadal nic nie wiem. Budzę się… Sen numer 2. Przygotowuję przyjęcie urodzinowe, jest przy mnie mama (nie wiem co z tą mamą). Wszystko wygląda pięknie, stoły są ustawione na świeżym powietrzu, obmyślamy listę gości. Ja ciągle powtarzam, że przyjadą moi znajomi z Warszawy, wszyscy na pewno będą. Nagle orientuję się, że nie możecie przyjechać, bo jestem w Australii, więc nici z imprezy. Budzę się. Ciąża oznacza podobnież coś nowego; natomiast sen o imprezie to już sami możecie się zorientować. Postanowiłam więc zmienić na chwilę otoczenie, bo ewidentnie za dużo myślę. Wyjechałam w busz, dosłownie rzecz ujmując. Zorganizowanie wycieczki zajęło mi trzy godziny. Nazwa regionu Blue Mountains pobrzękiwała mi w głowie od przybycia do Australii. Sprawdziłam więc na mapie gdzie to jest. Okazało się całkiem blisko (ok. 100 km od Sydney), znalazłam tanie połączenie ($8 w jedną stronę) i kanapę na couch surfingu. No i przybyłam. Góry nie są zbyt wysokie (ok. 1000m), ale porośnięte są buszem. Miasto, w którym się zatrzymałam – Katoomba to kilkutysięczna mieścina z jednym deptakiem, wieloma wzgórzami i turystami. Atmosfera tu panująca: lekko sennawa, kojarzy mi się z przystankiem Alaska. Po kilkugodzinnym górskim spacerze, spotkałam się z moim cs w ogródku piwnym. Mimo wczesnej pory (godz. 15.30) i środka tygodnia, co chwilę kolejny przechodzień okazywał się znajomym znajomego i dołączał do nas z piwem. Sami miejscowi twierdzą, że w górach żyje się dobrze. Największa różnica pomiędzy Blue Mountains a resztą Australii nie dotyczy tylko widoków, ale też społeczeństwa (cytuję: 'It is too white here'). Dominacja białej rasy jest, przynajmniej dla mnie, ciekawą odmianą. Sam busz (pytanie podstawowe zadawane przez miejscowych/w informacji turystycznej: 'you want to do some bush walking?') jest bardzo gęsty, łatwo się zgubić, dlatego lepiej trzymać się wyznaczonych ścieżek. Mój host był porządnie zakręcony, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, zabrał mnie na ‘rajd’, chodzenie po skałkach, ugotował KANGURA i zrobiliśmy sobie barbecue. Szczerze powiedziawszy musiałam się skupić, żeby zrozumieć australijski z gór (ale było warto, bo nauczyłam się fajansiarkiego wyrażenia: ‘you are useful like tits on the bull:p’). Mimo wszytko, bliskość gór, przyjemne usposobienie poznanych ludzi i luźna atmosfera zostawiają jakieś dziwne uczucie wolności w mojej głowie. To łażenie było też porządną terapią, bo teraz myślę jedynie o moich bolących łydkach i plecach. Mimo cierpień na pewno tam jeszcze wrócę!


Przygarnięta przez brytyjską rodzinę, którą notorycznie spotykałam od momentu wejścia do autobusu w Sydney





Pierwszy kangur, na talerzu!


 

4 komentarze:

  1. ja bym tylko chciała powiedzieć, że fajny ten kolo australijski, a ten? kangur jak smakował? kurczaczek, krówka, czy świnka?

    OdpowiedzUsuń
  2. kolo australijski ma polskie korzenie i mówi: lubię pierożki:) a kangur smakuje jak wołowina dla mnie i to jest bardzo ekologiczne jedzenie, tak słyszałam, bo dużo ich tu jest:)

    OdpowiedzUsuń
  3. czyli rozumiem, że wszycy fajni kolesie opuścili polandię wieki temu, a jeszcze fajnieszych potomków podarowali innym krajom.
    wychodzi na to, że trzeba stąd wyjechać w poszukiwaniu większej połówki;)

    OdpowiedzUsuń
  4. a ja bardzo ubolewam nad losem tego kangurka :-(

    OdpowiedzUsuń