piątek, 23 listopada 2012

Pani Wiosna

Kolejne powroty, kolejne trudności, rozstałyśmy się z Ufoludkiem na lotnisku w Adelajdzie – ona poleciała do Perth, a ja do Sydney. Zupełnie szczerze nienawidzę tu wracać. Kiedy jestem już w swoim rytmie: szkoła, praca, małe przyjemności wszystko gra i buczy, ale organizowanie się za każdym razem od początku jest męczące. Dużo czasu zajęło mi znalezienie pracy, z jednej mnie nawet wyrzucili po tygodniu! Z mieszkaniem też nie było łatwo. Wszystkie czasochłonne czynności jednak się opłaciły, bo przyjemnie się zorganizowałam: w pracy pozytywni ludzie, mieszkanie też ciekawe. Przeprowadziłam się do składu i mieszkam w pokoju przypominającym garaż, ale z bardzo pozytywną wibracją.
Czas dzielony pomiędzy zarabianie i nauczanie przełamuję głównie balowaniem, a okazji na wiosnę jest tutaj co nie miara. Mieliśmy więc Halloween, które miejscowi celebrowali przez cały miesiąc. Każdego dnia można więc było napotkać przebierańców na ulicach.
W między czasie mieliśmy Melbourne Cup (6go października), czyli słynny wyścig konny, na okazję którego babki w całym kraju przebierają się w sukienki i kapelusze, a panowie w garnitury. Eleganccy Australijczycy udają się na szykowny lunch, w celu oglądania wyścigów i celebrowania zwyczajów anglosaskich przodków. Tak na serio, jest to kolejna możliwość na picie przez dzień cały.
Powoli zbliża się Boże Narodzenie, dookoła choinki przystrojone, co ciągle wprawia mnie w osłupienie ze względu na pogodę. Wiosenna aura sprzyja dobremu samopoczuciu, raz nawet zaczerpnęłam kąpieli w oceanie. Mimo wszystko cieszę się i szykuję na opuszczenie Antypodów. Wraz z moją francuską współlokatorką uciekamy do Nowej Zelandii zaraz na początku 2013, o ile oczywiście koniec świata przetrwamy…   



Nasz garaż

I industrialna przestrzeń dookoła


Koty na Halloween

Anna kończąca zmianę, gotowa na imprezę pracowniczą

Ta, alkohol dodaje humoru...





Australia Południowa

Stan ten jest postrzegany najnudniejszym i najspokojniejszym miejscem na całych Antypodach. Krajobrazy są ładne, ale nieszczególnie ekscytujące; zabytki jak w całej Australii - słabe; życie w miastach nudnawe. Ale Południowy kraniec oferuje też bardzo szczególny klimat lenistwa, dobrobytu, elegancji i całą masę niesamowicie ciepłych i pomocnych ludzi. 
Kontynuowałyśmy naszą przygodę autostopową wraz z krajanką warszawianką. Podwiózł nas między innymi lokalny dziennikarz, który później pojawił się na prywatce u znajomych naszego couch surfera. Nie da się więc uniknąć cudownej swojskości i poczucia przynależności. Ludzie chętnie zapraszają gości do domów, ponieważ przyjezdni są postrzegani w tamtym obszarze jak lokalna rozrywka. Dla przykładu, innego razu autostopując do Adelajdy zostałyśmy zabrane przez kobietę około pięćdziesiątki, z którą przyjemnie nam się rozmawiało przez 5godzin podróży. Było na tyle przyjemnie, że zabrała nas ona do swojego domu, napoiła, nakarmiła, a kolejnego dnia pokazała Doli Barossa, skąd pochodzą najsłynniejsze australijskie wina, m.in. Jacob's Creek. Nasza tymczasowa mama pokazała nam przeurocze malutkie winiarnie, gdzie próbowałyśmy przeróżnych win na prywatnych sesjach (my trzy i właściciel).   
Australia Południowa jest topowym miejscem przeprowadzek (zaraz za Australia Zachodnią, szczególnie Perth, gdzie rynek pracy buzuje przemysł górniczy). Ludzie podążają tam w celu poszukiwania spokojnej stabilizacji, bo praca się zawsze znajdzie, życie nie jest zbyt drogie, a drzwi nie trzeba zamykać, bo wszyscy czują się bezpiecznie. 


A na drzewie w ogródku Pani mamy był miś koala!!!


Karolina i Pani mama





niedziela, 11 listopada 2012

Great Ocean Road

Zgodnie z nazwą droga ta jest po prostu grejt. Dla mnie i Ufoluda była tym bardziej fascynująca, że przemierzałyśmy ją autostopem i napotkałyśmy przyjaznych kierowców. Niektórych nawet bardziej przyjaznych niż mogłybyśmy się spodziewać (z grupą włoskich turystów skończyło się na fieście przy kilku butelkach wina). Na zachód od Melbourne wzdłuż wybrzeża ciągnie się kolejna wąska droga. Wybrzeże jest malownicze, w sumie jak wiele innych, ale nie bez kozery jest ono ważną atrakcja turystyczną. Otóż ludzie przyjeżdżają tam oglądać ogromne skały umieszczone w oceanie. Ciężko mi opisać dokładnie to zjawisko, szczególnie, że wiedzą geograficzną nie grzeszę. Zdjęcia powinny dać jaśniejszy obraz. Grupa tych kolumn nosi nazwę Dwunastu Apostołów, choć skał w cale nie jest dwanaście (obecnie siedem). Dwie skały zawaliły się w przeciągu ostatnich kilku lat, i pewnie niedługo w związku z nieustannym podmywaniem wszystkie wymrą. Strata to będzie wielka. Ale cóż począć? Z wody ich przecież nie wyciągną! Ważnym przeżyciem podczas podróży był także pierwszy czysty i uroczy hostel w Australii – położony w Port Campbell – opustoszały, malutki, z wannami. Ogólnie urocza mieścina, pewnie przepełniona w sezonie, ale na nasze szczęście lub nieszczęście (czekałyśmy tam na stopa ze dwie godziny) we wrześniu turystów jest tam jak na lekarstwo.  









Melbourne

Nie powiem, żebym po wypadku była chętna na dalsze podróże. Szczerze powiedziawszy, miałam w głowie pomysł ucieczki do Polski. Po prostu, kupić bilet i już. Jakoś jednak uspokoiłam się, część czytelników zatrudniłam jako grupę wsparcia, i wyruszyłam dalej. Wodonga leży 300 kilometrów od Melbourne. Dystans ten przemierzyłam autostopem (ja po prostu lubię ryzyko!) i ulokowałam się na dni kilka u irlandzkich couch surferów. Dzień później dołączyła do mnie Ufka i razem eksplorowałyśmy tamtejsze ulice i uliczki. Decyzja była to doskonała, bo Melbourne jest po prostu cool i łatwo jest tam zapomnieć o różnych smutkach i smutasach.
Melbourne udaje europejskie miasto – zabytkowe budynki, katedry, ogrody, małe uliczki z milionem kawiarni. Pozerstwo to jest na tyle urocze, że człowiek kupuje je łatwowiernie. W Melbourne życie toczy się wokół zakupów, koncertów, obiadków na mieście. Mieszkałyśmy co prawda w przyplażowej dzielnicy – St Kilda, ale plażowego życia w mieście nie uświadczysz, przynajmniej nie w takim wymiarze jak w Sydney. Dużo jest za to galerii, muzeów, a fajowych barów i kawiarni po prostu zatrzęsienie! Są tam też tramwaje, które okraszają miasto dodając mu klasy. Ludzie wydają się mniej spięci niż w Sydney, mniej sportowi (nie widziałam nikogo joggingującego do pracy z koszulami na wieszaku!), mniej australijscy, trochę bardziej ludzcy. Myślę, że atrakcyjność Melbourne polega głównie na tym, że bardziej przypomina dom, ma w sobie jakiś chaos, tajemnicę, po prostu czar! Zgodnie ze wskazówkami Pani w Centrum Informacji: w Melbourne nie ma ważnych zabytków, nie ma też zatoki ani szerokich plaż. Trzeba po prostu wchłonąć klimat i się nim napawać. 

Tacy piraci z tych Australijczyków

Domki na plaży

Domki na plaży z modelką trochę mniej atrakcyjną




Sztuka dookoła

Znalazłyśmy polski makowiec, tak się nazywał, ale pieczony przez Żydów jak się okazało



Lasery o piątej rano



wtorek, 6 listopada 2012

Góry śnieżne

No kto by się spodziewał – widziałam śnieg w Australii – prawdziwy leżący na górach, padający z nieba! Góry Śnieżne z najwyższym wzniesieniem nazwanym po naszym bohaterze narodowym Kościuszce (australijska wymowa Koziosko; polska nazwa została nadana przez rodzimego podróżnika – niejakiego Strzeleckiego) są zimne. O tej porze roku, czyli na wiosnę ciągle działają tam wyciągi i ludzie jeżdżą na nartach. Tutaj jest to sport ekskluzywny, drogi i niezbyt popularny. Sama jednak świadomość, że jest to możliwe jest kolejnym przykładem australijskiej różnorodności.
Tym razem nawet gdyby ktoś mi płacił nie byłabym skora na biwakowanie! W górach temperatura wahała się około zera, wiele kempingów było zamkniętych ze względu na bezpieczeństwo. Spaliśmy więc u couch surfera, dziadka z gór, który dużo nam opowiedział, trochę pooprowadzał, pokazał ciekawe trasy w regionie. Te dwie noce spędzone w jego domku na wzgórzu, w łóżku z podgrzewanym kocem – bezcenne!          
Nie byliśmy jednak zbyt dobrze przygotowani na dalsze podróże po górach: nie mieliśmy łańcuchów ani jak się okazało umiejętności. Bowiem Ania – bombowy kierowca spowodowała wypadek. Część dróg była zamknięta, część po prostu nieprzejezdna dla naszego auta. Dlatego manewrowaliśmy po mniejszych ścieżkach próbując przedostać się przez góry. Widoki zmieniały się co chwila wraz z wysokością, po zamieci śnieżnej, wpadaliśmy na piękne zielone łąki, minąwszy po drodze lasy z parku jurajskiego. Na polnej drodze straciłam panowanie nad kierownicą i wpadłam w poślizg. Samochód nadawał się do kasacji, nam na szczęści nic się nie stało. Za tą przygodę jednak musiałam słono zapłacić. Przede wszystkim ze względu na moją głupotę. Samochód nie miał bowiem ubezpieczenia od szkód własnych, musiałam więc pokryć cały koszt jego zakupu, czyli 3000 dolarów. Jako że nie umiem negocjować, argumentować się i kłócić, a także dlatego, że było mi tego chłopaka po prostu szkoda (trochę się nad sobą użalał) zapłaciłam całą kasę i rozstaliśmy się gdzieś pomiędzy Sydney i Melbourne na granicy Nowej Południowej Walii i Wiktorii w mieście Wodonga.  





Dom, gdzie schronilismy się przed śniegiem