poniedziałek, 5 listopada 2012

Brisbane & Byron Bay


W Brisbane wycieczka zmieniła charakter. Aniołki Charliego rozpadły się (moje współtowarzyszki podróży musiały wracać do Sydney), zostałam więc sama z naszym samochodowym domem. Znalezienie podróżników na dalszą część trasy nie było w cale łatwe. Dzięki ogłoszeniu na stornie gumtree jakiś naiwny się jednak napatoczył i dzieliliśmy wspólnie kilka dni życia na wybrzeżu.
Wrażenia z Brisbane mam trochę mieszane. Z jednej strony zderzyłam się z pierwszym dniem samotnego zwiedzania, a z drugiej miasto to jest urzekające. Obiektywnie rzecz ujmując nic szczególnego, ale chyba właśnie dlatego ciekawe. W jakimś sensie połączenie przyplażowego kurortu i miastowego zgiełku. Choć plaże są położone poza miastem to rzeka buduje rekreacyjną atmosferę. Rzeka dzieli miasto jak Warszawę na wschodnią i zachodnią stronę. W przeciwieństwie jednak do naszej ukochanej stolicy, to Zachodnia strona jest alternatywną, młodzieżową i ciekawą dzielnicą o nazwie brzmiącej wystarczająco oryginalnie jak na cyganerię – West Bank. Miasto zaprojektowane jest przyjaźnie dla pieszych; szybko i przyjaźnie można przespacerować Centrum oraz wybrzeże rzeki, gdzie położone są galerie, muzea i wesołe miasteczko. Pieszo można pospacerować, ale samochodem podróży po mieście nie polecam (najdroższe parkingi jakie widziałam w całej Australii, nawet 50$ za godzinę!).
Suma summarum, odebrałam młodego Niemca z dworca i ruszyliśmy na Południe w stronę Sydney. Robiło się coraz zimniej, więc więcej czasu spędziliśmy w miastach i miasteczkach niż na plaży. Najbliższe memu sercu jest zdecydowanie Byron Bay, słynna w całej Australii mieścina hipisów, artystów, ekologicznych sklepów i ciuchów fair trade. Bez większego entuzjazmu podeszłam do spędzania tam czasu, bo czułam się trochę przytłoczona całą atmosferą Woodstocku. Byron nie jest jednak przereklamowane, bo jest  po prostu klawe! Dla przykładu byłam tam na najbardziej pozytywnej imprezie w całej Australii. Bawiłam się z chińskim szefem w stroju prosto z restauracji; matką i synem wygibujących wspólnie, tancerką hula hop, która namawiał mnie na dłuższy pobyt w Byron, dała mi swój numer i kazała koniecznie odwiedzić. Zobaczymy czy dotrzyma obietnicy, bo do Byron nie jest daleko i bardzo bym chciała wrócić tam na ostatnich kilka dni moich australijskich przygód. Oby się udało…  



Latarnia w Byron Bay

Latarnia, Niemiec i ja





 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz