wtorek, 6 listopada 2012

Góry śnieżne

No kto by się spodziewał – widziałam śnieg w Australii – prawdziwy leżący na górach, padający z nieba! Góry Śnieżne z najwyższym wzniesieniem nazwanym po naszym bohaterze narodowym Kościuszce (australijska wymowa Koziosko; polska nazwa została nadana przez rodzimego podróżnika – niejakiego Strzeleckiego) są zimne. O tej porze roku, czyli na wiosnę ciągle działają tam wyciągi i ludzie jeżdżą na nartach. Tutaj jest to sport ekskluzywny, drogi i niezbyt popularny. Sama jednak świadomość, że jest to możliwe jest kolejnym przykładem australijskiej różnorodności.
Tym razem nawet gdyby ktoś mi płacił nie byłabym skora na biwakowanie! W górach temperatura wahała się około zera, wiele kempingów było zamkniętych ze względu na bezpieczeństwo. Spaliśmy więc u couch surfera, dziadka z gór, który dużo nam opowiedział, trochę pooprowadzał, pokazał ciekawe trasy w regionie. Te dwie noce spędzone w jego domku na wzgórzu, w łóżku z podgrzewanym kocem – bezcenne!          
Nie byliśmy jednak zbyt dobrze przygotowani na dalsze podróże po górach: nie mieliśmy łańcuchów ani jak się okazało umiejętności. Bowiem Ania – bombowy kierowca spowodowała wypadek. Część dróg była zamknięta, część po prostu nieprzejezdna dla naszego auta. Dlatego manewrowaliśmy po mniejszych ścieżkach próbując przedostać się przez góry. Widoki zmieniały się co chwila wraz z wysokością, po zamieci śnieżnej, wpadaliśmy na piękne zielone łąki, minąwszy po drodze lasy z parku jurajskiego. Na polnej drodze straciłam panowanie nad kierownicą i wpadłam w poślizg. Samochód nadawał się do kasacji, nam na szczęści nic się nie stało. Za tą przygodę jednak musiałam słono zapłacić. Przede wszystkim ze względu na moją głupotę. Samochód nie miał bowiem ubezpieczenia od szkód własnych, musiałam więc pokryć cały koszt jego zakupu, czyli 3000 dolarów. Jako że nie umiem negocjować, argumentować się i kłócić, a także dlatego, że było mi tego chłopaka po prostu szkoda (trochę się nad sobą użalał) zapłaciłam całą kasę i rozstaliśmy się gdzieś pomiędzy Sydney i Melbourne na granicy Nowej Południowej Walii i Wiktorii w mieście Wodonga.  





Dom, gdzie schronilismy się przed śniegiem



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz