No kto by się spodziewał – widziałam śnieg w Australii – prawdziwy leżący na
górach, padający z nieba! Góry Śnieżne z najwyższym wzniesieniem nazwanym po
naszym bohaterze narodowym Kościuszce (australijska wymowa Koziosko; polska
nazwa została nadana przez rodzimego podróżnika – niejakiego Strzeleckiego) są
zimne. O tej porze roku, czyli na wiosnę ciągle działają tam wyciągi i ludzie
jeżdżą na nartach. Tutaj jest to sport ekskluzywny, drogi i niezbyt popularny.
Sama jednak świadomość, że jest to możliwe jest kolejnym przykładem australijskiej
różnorodności.
Tym razem nawet gdyby ktoś mi płacił nie byłabym skora na biwakowanie! W
górach temperatura wahała się około zera, wiele kempingów było zamkniętych ze
względu na bezpieczeństwo. Spaliśmy więc u couch surfera, dziadka z gór, który
dużo nam opowiedział, trochę pooprowadzał, pokazał ciekawe trasy w regionie. Te
dwie noce spędzone w jego domku na wzgórzu, w łóżku z podgrzewanym kocem –
bezcenne!
Nie
byliśmy jednak zbyt dobrze przygotowani na dalsze podróże po górach: nie
mieliśmy łańcuchów ani jak się okazało umiejętności. Bowiem Ania – bombowy
kierowca spowodowała wypadek. Część dróg była zamknięta, część po prostu
nieprzejezdna dla naszego auta. Dlatego manewrowaliśmy po mniejszych ścieżkach
próbując przedostać się przez góry. Widoki zmieniały się co chwila wraz z
wysokością, po zamieci śnieżnej, wpadaliśmy na piękne zielone łąki, minąwszy po
drodze lasy z parku jurajskiego. Na polnej drodze straciłam panowanie nad
kierownicą i wpadłam w poślizg. Samochód nadawał się do kasacji, nam na
szczęści nic się nie stało. Za tą przygodę jednak musiałam słono zapłacić.
Przede wszystkim ze względu na moją głupotę. Samochód nie miał bowiem
ubezpieczenia od szkód własnych, musiałam więc pokryć cały koszt jego zakupu,
czyli 3000 dolarów. Jako że nie umiem negocjować, argumentować się i kłócić, a
także dlatego, że było mi tego chłopaka po prostu szkoda (trochę się nad sobą
użalał) zapłaciłam całą kasę i rozstaliśmy się gdzieś pomiędzy Sydney i
Melbourne na granicy Nowej Południowej Walii i Wiktorii w mieście Wodonga.
| Dom, gdzie schronilismy się przed śniegiem |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz