Kolejne powroty, kolejne trudności, rozstałyśmy się z Ufoludkiem na lotnisku
w Adelajdzie – ona poleciała do Perth, a ja do Sydney. Zupełnie szczerze
nienawidzę tu wracać. Kiedy jestem już w swoim rytmie: szkoła, praca, małe
przyjemności wszystko gra i buczy, ale organizowanie się za każdym razem od
początku jest męczące. Dużo czasu zajęło mi znalezienie pracy, z jednej mnie
nawet wyrzucili po tygodniu! Z mieszkaniem też nie było łatwo. Wszystkie
czasochłonne czynności jednak się opłaciły, bo przyjemnie się zorganizowałam: w
pracy pozytywni ludzie, mieszkanie też ciekawe. Przeprowadziłam się do składu i
mieszkam w pokoju przypominającym garaż, ale z bardzo pozytywną wibracją.
Czas dzielony pomiędzy zarabianie i nauczanie przełamuję głównie balowaniem,
a okazji na wiosnę jest tutaj co nie miara. Mieliśmy więc Halloween, które
miejscowi celebrowali przez cały miesiąc. Każdego dnia można więc było napotkać
przebierańców na ulicach.
W między czasie mieliśmy Melbourne Cup (6go października), czyli słynny
wyścig konny, na okazję którego babki w całym kraju przebierają się w sukienki
i kapelusze, a panowie w garnitury. Eleganccy Australijczycy udają się na
szykowny lunch, w celu oglądania wyścigów i celebrowania zwyczajów anglosaskich
przodków. Tak na serio, jest to kolejna możliwość na picie przez dzień cały.
Powoli zbliża się Boże Narodzenie, dookoła choinki przystrojone, co ciągle
wprawia mnie w osłupienie ze względu na pogodę. Wiosenna aura sprzyja dobremu
samopoczuciu, raz nawet zaczerpnęłam kąpieli w oceanie. Mimo wszystko cieszę
się i szykuję na opuszczenie Antypodów. Wraz z moją francuską współlokatorką uciekamy
do Nowej Zelandii zaraz na początku 2013, o ile oczywiście koniec świata
przetrwamy…
 |
| Nasz garaż |
 |
| I industrialna przestrzeń dookoła |
 |
| Koty na Halloween |
 |
| Anna kończąca zmianę, gotowa na imprezę pracowniczą |
 |
| Ta, alkohol dodaje humoru... |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz