wtorek, 8 stycznia 2013

Podsumowania

Jako doświadczona imigrantka znam dobrze etapy życia na obczyźnie: od zauroczenia nową kulturą, poprzez krytykę, totalny kryzys aż do akceptacji inności z jej wadami i zaletami. Australia była jednak lekcją ekstremalną; bardzo intensywny tryb życia, trochę problemów (mieszkaniowych, samochodowych, zatrudnieniowych), wyczerpanie organizmu (złapałam tu bakterię parzydełkowca no i moje jałowe nacieki rogówkowe, przez które musiałam porzucić codzienne noszenie soczewek kontaktowych).
Nadszedł więc czas na analizę życia w krainie szczęśliwości. Sami Australijczycy nazywają swoją ojczyznę ‘lucky landem’. Nikt nie ukrywa, że posiadanie australijskiego paszportu jest powodem do radości. Nie tylko sami Australijczycy, ale cały świat ma w głowie ten cudowny obrazek kraju plaż, surfingu, dobrobytu, dobrej zabawy i uśmiechu. A życie jak to życie, potrafi być szarawe i trudne. Z psychologicznego punktu widzenia presja bycia szczęśliwym doprowadza wielu tubylców do depresji i wykluczenia społecznego, bo jak tu się czuć kiedy nienawidzisz upałów, a zamiast sportu wolisz czytać książki?
Może dodałam trochę dramatyzmu do tego opisu, bo generalnie rzecz ujmując dookoła panuje klimat ‘no worries’. Na pewno sprzyja temu dobrobyt finansowy. Przeciętny obywatel Australii może sobie pozwolić na spokojne życie – stawki są wysokie, na tyle wysokie, że pozwalają pokryć nieziemsko drogie koszty życia. Dodatkowo dobrze funkcjonująca publiczna służba zdrowia, pożyczki dla studentów, zapomogi i ogólnie pojęte wsparcie socjalne ułatwiają trochę życie. Sytuacja wygląda inaczej w przypadku nie obywateli przebywających w krainie kangurów na różnych warunkach zależnych od przyznanej wizy. 
Na przykładzie studentki Anny możemy zrozumieć jak funkcjonuje tutejsza imigracja. Otóż wiza studencka pozwala na pracę dwadzieścia godzin tygodniowo. Minimalna stawka godzinowa dla mojego wieku wynosi ok. 19$ brutto. Załóżmy, że po odjęciu podatku student zarabia ok. 300$ tygodniowo. Biorąc pod uwagę ceny wynajmu (dzielone pokoje 120$-180$ na tydzień, pojedyncze 200$-300$, mieszkania dwupokojowe 500$-xxx) i szkoły (im mniej specjalistyczny college, tym taniej, w moim przypadku 1350$ raz na kwartał) przeżyć się nie da. Wszyscy zagraniczni studenci pracują więc więcej niż powinni, wielu w szarej strefie. Jesteśmy też wykluczeni ze zniżek na komunikację miejską (jednotygodniowa karta na najbliższą strefę kosztuje 44$, ze zniżką 22$), co większość ignoruje ryzykując głupie tłumaczenie się lub mandat. Standardowe ubezpieczenie zdrowotne pokrywa jedynie 80-85% kosztów niezbędnego leczenia, za moje choróbska musiałam więc trochę popłacić, a nie chcę nawet myśleć o całożyciowym zadłużeniu w przypadku poważniejszych problemów lub kanałowego leczenia zębów. Studenci więc próbują uzyskać inną wizę: wizę pracowniczą, status rezydenta, a w ostateczności obywatelstwo. Droga ta jest długotrwała i nietania (wiele osób zatrudnia adwokatów, agentów imigracyjnych, bo szary człowiek może się pogubić w zawiłości i zmienności tutejszych przepisów imigracyjnych), no chyba, że australijskiego męża znajdziesz lub żonę.   
Mimo wszystko wielu ludzi zostaje tu na stałe, bo jeśli chcesz to możesz w Australii osiągnąć sukces. Dla wielu Australia jest też ucieczką od problemów politycznych czy kulturowych. Tutejsza polityka, słusznie zapomniana przez świat, jest po prostu nudna. W zagranicznym wymiarze opiera się głównie na założeniu: jesteśmy częścią kultury zachodu, ale znajdujemy się bliżej wschodu, musimy więc żyć w zgodzie ze wszystkimi, a szczególnie z Chinami, bo dużo od nas importują.
W dużych miastach kultury świata się przenikają. Jak już wspomniałam każdy znajdzie w Australii swoją mniejszość kulturową. Swoboda społeczna przejawia się nie tylko na poziomie narodowości, ale także seksualności i obyczajowości. W Sydney można spotkać mężczyzn wyglądający jak kobiety, a także kobiety wyglądające jak mężczyźni; ludzi paradujących w przeróżnych przebraniach, a także konstelacjach związkowych . Moim zdaniem miasto to jest prawdziwym rajem/stolicą homoseksualizmu. Wielu gejów i lesbijek sprowadza się tu, bo łatwiej im się jest ujawnić, no i rynek matrymonialny mają bardziej rozwinięty. Ogólnie rzecz ujmując, panuje tutaj swoboda seksualna, a nikt się niczemu nie dziwni. Kolejne środowisko, kolejna perspektywa, kolejna lekcja innego stylu życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz