Potem przyszła pora na Fiordy. Inne niż te, które znam z Norwegii. Definitywnie bardziej ukryte, do słynnego Milford Sound, skąd odpływają łodzie wycieczkowe trzeba przemierzyć dwugodzinną trasę z najbliższego miasteczka – Jeziora Te Anau. Sama trasa warta jest jednak świeczki, bo kręte dróżki, tunele, jeziora wywołują achy i ochy. A główna atrakcja wycieczki, czyli fiordy mogę posłużyć za scenerię niejednego filmu (Władcę Pierścieni też tam częściowo kręcono).
Nie mogłyśmy jednak w pełni rozkoszować się bogactwem natury w Fiorlandzie z powodu spadku formy, zarówno psychicznej jak i fizycznej. Ściślej rzecz ujmując mam na myśli kaca i brak snu, które były następstwem intensywnej integracji z lokalną młodzieżą w Te Anau. W tym cierpieniu majestatyczność gór i wody przyprawiała mnie trochę o stany lękowe, w wyniku których dotkliwie zatęskniłyśmy za cywilizacją. Szybko wróciłyśmy więc do naszej bazy w Queenstown, skąd uderzyłyśmy na zachód – West Coast w dosłownym tego słowa znaczeniu!


 |
| Wiochę potrafimy zrobić nawet na krańcu świata |
+-+czyli+kac+nad+jeziorem.JPG) |
| Retoks (antonim detoksu) - czyli kac nad jeziorem |
 |
| Jeziora lustrzane, dosłownie |
 |
| Atrakcje na odludziu trochę się różnią od typowych |
 |
| Jak powyżej |
 |
| Wycieczka statkiem |
 |
| Przerwa na oglądanie foczek |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz