sobota, 26 stycznia 2013

Fiorland

Potem przyszła pora na Fiordy. Inne niż te, które znam z Norwegii. Definitywnie bardziej ukryte, do słynnego Milford Sound, skąd odpływają łodzie wycieczkowe trzeba przemierzyć dwugodzinną trasę z najbliższego miasteczka – Jeziora Te Anau. Sama trasa warta jest jednak świeczki, bo kręte dróżki, tunele, jeziora wywołują achy i ochy. A główna atrakcja wycieczki, czyli fiordy mogę posłużyć za scenerię niejednego filmu (Władcę Pierścieni też tam częściowo kręcono). Nie mogłyśmy jednak w pełni rozkoszować się bogactwem natury w Fiorlandzie z powodu spadku formy, zarówno psychicznej jak i fizycznej. Ściślej rzecz ujmując mam na myśli kaca i brak snu, które były następstwem intensywnej integracji z lokalną młodzieżą w Te Anau. W tym cierpieniu majestatyczność gór i wody przyprawiała mnie trochę o stany lękowe, w wyniku których dotkliwie zatęskniłyśmy za cywilizacją. Szybko wróciłyśmy więc do naszej bazy w Queenstown, skąd uderzyłyśmy na zachód – West Coast w dosłownym tego słowa znaczeniu! 



Wiochę potrafimy zrobić nawet na krańcu świata

 Retoks (antonim detoksu) - czyli kac nad jeziorem


Jeziora lustrzane, dosłownie

Atrakcje na odludziu trochę się różnią od typowych

Jak powyżej


Wycieczka statkiem

Przerwa na oglądanie foczek




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz