Po jednym dniu nadszedł czas opuścić miasto, bo do Nowej Zelandii przyjeżdża
się w celu obcowania z naturą. Wybrałyśmy się więc na ulicę łapać stopa, i
złapałyśmy Pana Boga za nogi. Otóż, wybrałyśmy się do mieściny turystycznej zwanej
Akaroa, umiejscowionej na półwyspie Bank na wschodnim wybrzeżu, położonym około
80 kilometrów od Christchurch. Zdjęcia wytłumaczą mój zachwyt przyrodą.
Błękitna woda i zielone pagórki w jednym zestawie. A na domiar wszystkiego,
delfiny, z którymi pływałyśmy w oceanie. To nie jest jednak raj na ziemi i nie
można z nimi pływać byle gdzie, musiałyśmy wybrać się na zorganizowaną
wycieczkę z instruktorem. Brzmi to cudownie, ale w rzeczywistości było bardzo
zimno, a delfiny nie podpływały zbyt blisko. No ale widzieć je na wyciągnięcie
ręki jest uczuciem jedynym w swoim rodzaju.
Najbardziej zapamiętamy jednak ludzi. Wspomniany Pan Bóg ujawniał się nam w
postaci starszego dziadka (pana Rysia jak go ochrzciłam), który zgarnął nas z
drogi swoim BMW. Zabrał nas na kawę i ciastko do wiejskiej kafejki z różanymi
ogrodami i malinami dookoła i zaproponował wprost: możecie zostać w moim domu,
razem z moją rodziną. Tak i też się stało. Przez dwa dni ulokowałyśmy się w
malutkiej chatce obok jego drewnianego domu i dzieliłyśmy z nowo zelandzką
rodziną posiłki, historyjki, fotografie i muzykę. Ukryty pod płaszczem farmera
nasz dobroczyńca okazał się być bowiem artystą. Ciężko było się rozstać z
sielskością nadmorskiej miejscowości i jego mieszkańców. Czas nas jednak gonił.
Pan Rysio pod pretekstem odwiedzin swojej farmy podwiózł nas 80 km i zostawił
na drodze w celu poszukiwania nowych towarzyszy podróży i nowych przygód.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz