czwartek, 10 stycznia 2013

Ostatki vol 2

Dzień po ucieczce z piekła, jak nazywamy teraz w kręgu znajomych moje ostatnie mieszkanie, miałam okazję brać udział w polskiej uroczystości Chrztu Świętego. Co więcej zostałam wybrana matką chrzestną, co pewnie rodzicom dziecka musiało się odwidzieć kiedy usłyszeli moje historie i zobaczyli mnie wyczerpaną po nocnych walkach mieszkaniowych. Było już jednak za późno, i wraz z całą polką gromadą ochrzciliśmy małego Oliwiera. W sumie dokonał tego polski ksiądz, który w swojej obyczajowości i filozofii przyjął już australijskie zwyczaje, bo nie do wiary, rozgrzeszył matkę chrzestną!            
W całym zamieszaniu nie zorientowałam się kiedy nadeszło Boże Narodzenie. W ramach przygotowań wybrałam się do polskiego sklepu i zakupiłam wigilijne smakołyki, którymi raczyłam moją przyszywaną, świąteczną rodzinę. Po raz kolejny Cyganki (czyli ja i Carole) zostałyśmy przygarnięte przez dobrych ludzików w postaci rodziny mojej koleżanki Sophii. Mieszkają oni w Górach Błękitnych, o których już wcześniej wspominałam z zachwytem. I tym razem było magicznie. Upalna temperatura z wigilijnego poranka opadał o 20 stopni, a na dodatek dopadł nas deszcz. Święta spędziliśmy więc podobnie jak w Polsce: siedząc w domu (tym razem drewnianym z widokiem na góry), gotując, jedząc, leżakując, oglądając filmy. Miałam jednak nosa do ludzi z gór, bo lepszych Australijczyków nie spotkałam!
W między czasie przeprowadziłyśmy się z Carole do mieszkania kolejnej dobrej duszyczki, tym razem nowozelandzkiej Kelly. Wyjeżdżała ona bowiem na wakacje i wynajmowała turystom część domu. Potrzebny był ktoś do sprawowania pieczy nad młodymi turystami i cała resztą feralnych wypadków (przytrafiły nam się m.in. zapchane rury i brak ciepłej wody). Oficjalnie mogę już stwierdzić: ja naprawdę przyciągam problemy!
A może po prostu życie musi mieć balans i złe rzeczy dzieją się, żeby uświadomić nam te dobre. Mimo wszystkich przygód, bolączek, stresów i gorączek (w dzień wyjazdu w Sydney było +42 stopnie, trzeci najgorętszy dzień w historii Sydney) ostatnie kilka dni w Australii czułam się sielsko i wakacyjnie. Nie pracowałam, obijałam się, balowałam na szalonej łódce podczas Sylwestra (impreza zaczynała się o 4 rano!), trochę zwiedzałam, plażowałam, no i żegnałam się i żegnałam, głównie urządzając kolacje i pikniki. Och, droga Australio, nawet się nie spodziewałam, ale będę tęsknić. Prawdziwie!        
 
Zupełnie jak w Polsce
Lepimy pierogi w Wigilię, bo Święta obchodzi się dopiero 25go


Prawie jak karp

Widok z tarasu

 


W mieszkaniu Kelly cz. 1.

cz.2.

Sylwester na łodzi cz.1.

cz.2.

A o poranku wszyscy bawimy się w okularach

O 8 rano zastałyśmy pokonane zmęczeniem
A potem to już tylko czytanie...

odrywanie nowych miejsc...

wycieczki rowerowe...

no i balowanie...        



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz