Dzień po ucieczce z piekła, jak nazywamy teraz w kręgu znajomych moje
ostatnie mieszkanie, miałam okazję brać udział w polskiej uroczystości Chrztu
Świętego. Co więcej zostałam wybrana matką chrzestną, co pewnie rodzicom
dziecka musiało się odwidzieć kiedy usłyszeli moje historie i zobaczyli mnie
wyczerpaną po nocnych walkach mieszkaniowych. Było już jednak za późno, i wraz
z całą polką gromadą ochrzciliśmy małego Oliwiera. W sumie dokonał tego
polski ksiądz, który w swojej obyczajowości i filozofii przyjął już
australijskie zwyczaje, bo nie do wiary, rozgrzeszył matkę chrzestną!
W całym zamieszaniu nie zorientowałam się kiedy nadeszło Boże Narodzenie. W
ramach przygotowań wybrałam się do polskiego sklepu i zakupiłam wigilijne
smakołyki, którymi raczyłam moją przyszywaną, świąteczną rodzinę. Po raz
kolejny Cyganki (czyli ja i Carole) zostałyśmy przygarnięte przez dobrych
ludzików w postaci rodziny mojej koleżanki Sophii. Mieszkają oni w Górach
Błękitnych, o których już wcześniej wspominałam z zachwytem. I tym razem było
magicznie. Upalna temperatura z wigilijnego poranka opadał o 20 stopni, a na
dodatek dopadł nas deszcz. Święta spędziliśmy więc podobnie jak w Polsce:
siedząc w domu (tym razem drewnianym z widokiem na góry), gotując, jedząc,
leżakując, oglądając filmy. Miałam jednak nosa do ludzi z gór, bo lepszych
Australijczyków nie spotkałam!
W między czasie przeprowadziłyśmy się z Carole do mieszkania kolejnej dobrej duszyczki, tym razem nowozelandzkiej Kelly. Wyjeżdżała ona bowiem na wakacje i wynajmowała turystom część domu.
Potrzebny był ktoś do sprawowania pieczy nad młodymi turystami i cała resztą
feralnych wypadków (przytrafiły nam się m.in. zapchane rury i brak ciepłej
wody). Oficjalnie mogę już stwierdzić: ja naprawdę przyciągam problemy!
A
może po prostu życie musi mieć balans i złe rzeczy dzieją się, żeby uświadomić
nam te dobre. Mimo wszystkich przygód, bolączek, stresów i gorączek (w dzień
wyjazdu w Sydney było +42 stopnie, trzeci najgorętszy dzień w historii Sydney) ostatnie
kilka dni w Australii czułam się sielsko i wakacyjnie. Nie pracowałam, obijałam się,
balowałam na szalonej łódce podczas Sylwestra (impreza zaczynała się o 4
rano!), trochę zwiedzałam, plażowałam, no i żegnałam się i żegnałam, głównie
urządzając kolacje i pikniki. Och, droga Australio, nawet się nie spodziewałam,
ale będę tęsknić. Prawdziwie!
 |
| Zupełnie jak w Polsce |
 |
| Lepimy pierogi w Wigilię, bo Święta obchodzi się dopiero 25go |
 |
| Prawie jak karp |
 |
| Widok z tarasu |
 |
| W mieszkaniu Kelly cz. 1. |
 |
| cz.2. |
 |
| Sylwester na łodzi cz.1. |
 |
| cz.2. |
 |
| A o poranku wszyscy bawimy się w okularach |
 |
| O 8 rano zastałyśmy pokonane zmęczeniem |
|
 |
| A potem to już tylko czytanie... |
 |
| odrywanie nowych miejsc... |
 |
| wycieczki rowerowe... |
 |
| no i balowanie... | | | | | | | | |
|
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz