środa, 9 stycznia 2013

Ostatki

Miesiąc grudzień zawsze nastraja mnie sentymentalnie, ze względu na klimat przedświąteczny, urodzinowy, rodzinno-śniegowo-odpoczynkowy. W Sydney nie było też inaczej, w sumie tylko śniegu zabrakło.
Po pierwsze primo urodziny: zupełnie wyszłam z wprawy picia polskiej wódki, która zmiażdżyła mnie zupełnie. Świadkami byli rozmówcy telefoniczni dzwoniący z życzeniami zapomniawszy o różnicy czasu. Ciągle pamiętam za to, co smakuje najlepiej na całym świecie, bo prawdziwych pierogów, śledzi, bigosu, no i sernika nie da się zapomnieć.
Kolejne ciekawe wydarzenia końca roku są trochę mniej pozytywne. Otóż zostałam wyrzucona z mieszkania. Pozytywna wibracja, o której wcześniej pisałam została zastąpiona szaleństwem. Właściciel mieszkania okazał się schizofrenikiem, i po kłótniach, listach, krzykach, straszeniu policją, moich nieudolnych próbach polubownego rozwiązania konfliktu, wraz z Francuzką współlokatorką – Carole, musiałyśmy się wyprowadzić. Problem dotyczył przede wszystkim prób podniesienia wysokości czynszu z dnia na dzień, bez uprzedzenia, na co oczywiście nie chciałyśmy się zgodzić. Dodatkowo, padły zarzuty braku udziału we wspólnocie mieszkaniowej, przez co facet dosłownie rozumiał sprzątanie i gotowanie, cuda na kiju w skrócie. Zrobiło się zupełnie niebezpiecznie kiedy któregoś wieczoru wyważył drzwi do naszego pokoju i kazał nam się wynosić. Tak też uczyniłyśmy, straciłyśmy dwutygodniowy czynsz, a jako że nie miałyśmy umowy wynajmu ciężko było nam odwołać się do odpowiednich władz. Jedyne co nam pozostało to odegrać się na tym złoczyńcy poza prawem. Częścią planu było między innymi podrzucenie paczki z ludzkimi odchodami i demolka. Postanowiłyśmy jednak po chrześcijańsku przyjąć upokorzenie i nastawić drugi policzek, więc rewanż sobie odpuściłyśmy.
Tego samego feralnego piątku w pracy ucięto mi godziny, co było planowane tydzień później. Praktycznie rzecz ujmując jednego dnia jak w filmie stałam się bezdomnym bez zatrudnienia. Podobnie też jak w filmie wszystko dzieje się dla pewnej przyczyny. Charytatywnie przygarnęła mnie bowiem koleżanka, która mieszka na odizolowanej i uroczej plaży Maroubra, gdzie mogłam poczuć się jak na prawdziwych wakacjach. Maroubra jest moim odkryciem numer jeden w Sydney. Oddalona o około 45 minut od centrum wita spokojem i brakiem natłoku. W ciągu tygodnia panoszą się tu głównie tubylcy, którzy spoglądają na dwie dziewczyny z akcentem z wyrazem zdziwienia i zainteresowania. Dziadki zagadują do nas na przystankach, a surferzy machają na porannym spacerze. W sumie nie ma tego złego…     




Przed polską restauracją



Widok z 'naszego' balkonu na plaży

Maroubra o poranku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz