Miesiąc grudzień zawsze nastraja mnie sentymentalnie, ze względu na
klimat przedświąteczny, urodzinowy, rodzinno-śniegowo-odpoczynkowy. W Sydney nie
było też inaczej, w sumie tylko śniegu zabrakło.
Po pierwsze primo urodziny: zupełnie wyszłam z wprawy picia polskiej wódki,
która zmiażdżyła mnie zupełnie. Świadkami byli rozmówcy telefoniczni dzwoniący
z życzeniami zapomniawszy o różnicy czasu. Ciągle pamiętam za to, co smakuje
najlepiej na całym świecie, bo prawdziwych pierogów, śledzi, bigosu, no i
sernika nie da się zapomnieć.
Kolejne ciekawe wydarzenia końca roku są trochę mniej pozytywne. Otóż
zostałam wyrzucona z mieszkania. Pozytywna wibracja, o której wcześniej pisałam
została zastąpiona szaleństwem. Właściciel mieszkania okazał się
schizofrenikiem, i po kłótniach, listach, krzykach, straszeniu policją, moich
nieudolnych próbach polubownego rozwiązania konfliktu, wraz z Francuzką
współlokatorką – Carole, musiałyśmy się wyprowadzić. Problem dotyczył przede
wszystkim prób podniesienia wysokości czynszu z dnia na dzień, bez uprzedzenia,
na co oczywiście nie chciałyśmy się zgodzić. Dodatkowo, padły zarzuty braku
udziału we wspólnocie mieszkaniowej, przez co facet dosłownie rozumiał
sprzątanie i gotowanie, cuda na kiju w skrócie. Zrobiło się zupełnie
niebezpiecznie kiedy któregoś wieczoru wyważył drzwi do naszego pokoju i kazał
nam się wynosić. Tak też uczyniłyśmy, straciłyśmy dwutygodniowy czynsz, a jako
że nie miałyśmy umowy wynajmu ciężko było nam odwołać się do odpowiednich
władz. Jedyne co nam pozostało to odegrać się na tym złoczyńcy poza prawem. Częścią
planu było między innymi podrzucenie paczki z ludzkimi odchodami i demolka.
Postanowiłyśmy jednak po chrześcijańsku przyjąć upokorzenie i nastawić drugi
policzek, więc rewanż sobie odpuściłyśmy.
Tego samego feralnego piątku w pracy ucięto mi godziny, co było planowane
tydzień później. Praktycznie rzecz ujmując jednego dnia jak w filmie stałam się
bezdomnym bez zatrudnienia. Podobnie też jak w filmie wszystko dzieje się dla
pewnej przyczyny. Charytatywnie przygarnęła mnie bowiem koleżanka, która
mieszka na odizolowanej i uroczej plaży Maroubra, gdzie mogłam poczuć się jak
na prawdziwych wakacjach. Maroubra jest moim odkryciem numer jeden w Sydney.
Oddalona o około 45 minut od centrum wita spokojem i brakiem natłoku. W ciągu
tygodnia panoszą się tu głównie tubylcy, którzy spoglądają na dwie dziewczyny z
akcentem z wyrazem zdziwienia i zainteresowania. Dziadki zagadują do nas na
przystankach, a surferzy machają na porannym spacerze. W sumie nie ma tego
złego…
| Przed polską restauracją |
| Widok z 'naszego' balkonu na plaży |
![]() |
| Maroubra o poranku |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz