Pierwsze spostrzeżenie w Nowej Zelandii: alkohol jest dostępny w sklepach
spożywczych i supermarketach. Cóż za ulga po roku spędzonym w kraju, gdzie
trzeba szukać sklepów monopolowych, które na dodatek zamykają po północy.
Spostrzeżenie numer dwa: nowozelandzka gościnność jest nieporównywalna do
jakiejkolwiek, którą spotkałam w swym życiu. Znacie moją skłonność do
koloryzowania, przechodzę więc do szczegółów, żebyście mogli sobie uzmysłowić
na czym rzecz polega.
Samolot z Sydney do Christchurch zajmuje około 2,5 godziny. Dotarłyśmy do
największego miasta południowej wyspy po północy; miałyśmy ustawioną miejscówkę
u couch surfera, który naturalnie spał w nocy. Zostawił nam jednak otwarte
drzwi, i nadmuchany materac w salonie. Mimo licznych doświadczeń
cygańsko-podróżniczych wtargnięcie po nocy do domu nieznajomych było delikatnie
anormalne. O poranku okazało się, że trafiłyśmy do właściwego miejsca i
domownicy wiedzieli kim jesteśmy! Mogłyśmy więc spokojnie wybrać się na
zwiedzanie zniszczonego miasta. Christchurch bowiem leży w gruzach,
przynajmniej częściowo. Trzęsienie ziemi miało tam miejsce dwa lata temu. Szczerze
powiedziawszy nie byłam świadoma skali zniszczeń; ogrom budynków w centrum jest
zniesionych z ziemią; wiele połaci ziemi leży odłogiem czekając na nowe
konstrukcje. Christchurch jest miastem w budowie, żółte kamizelki odblaskowe
ekip budowlanych wyrastają z każdego zakątka. Rażące są nie tylko zniszczenia i
ogrom pracy do wykonania, ale także pozytywna, industrialna, zaskakująca
energia, którą miasto nabrało. W centrum zorganizowano ulicę handlową w
metalowych kontenerach, z designerskimi butikami i kafejkami. Rozlokowano też
kafejki i bary w starych autobusach i ogródki piwne na drewnianych paletach. A
na dodatek ludzie, których spotkałyśmy polecali nam super zniszczenia, warte
zobaczenia, jakby to była atrakcja turystyczna. W sumie wszystko zależy od
nastawienia, czyż nie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz