Zgodnie z nazwą droga ta jest po prostu grejt. Dla mnie i
Ufoluda była tym bardziej fascynująca, że przemierzałyśmy ją autostopem i
napotkałyśmy przyjaznych kierowców. Niektórych nawet bardziej przyjaznych niż
mogłybyśmy się spodziewać (z grupą włoskich turystów skończyło się na fieście
przy kilku butelkach wina). Na zachód od Melbourne wzdłuż wybrzeża ciągnie się kolejna
wąska droga. Wybrzeże jest malownicze, w sumie jak wiele innych, ale nie bez
kozery jest ono ważną atrakcja turystyczną. Otóż ludzie przyjeżdżają tam
oglądać ogromne skały umieszczone w oceanie. Ciężko mi opisać dokładnie to
zjawisko, szczególnie, że wiedzą geograficzną nie grzeszę. Zdjęcia powinny dać
jaśniejszy obraz. Grupa tych kolumn nosi nazwę Dwunastu Apostołów, choć skał w
cale nie jest dwanaście (obecnie siedem). Dwie skały zawaliły się w przeciągu
ostatnich kilku lat, i pewnie niedługo w związku z nieustannym podmywaniem
wszystkie wymrą. Strata to będzie wielka. Ale cóż począć? Z wody ich przecież
nie wyciągną! Ważnym przeżyciem podczas podróży był także pierwszy czysty i
uroczy hostel w Australii – położony w Port Campbell – opustoszały, malutki, z
wannami. Ogólnie urocza mieścina, pewnie przepełniona w sezonie, ale na nasze
szczęście lub nieszczęście (czekałyśmy tam na stopa ze dwie godziny) we
wrześniu turystów jest tam jak na lekarstwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz