Po podróżach powrót do rzeczywistości miejskiej nie należał do
najprzyjemniejszych. Ponowne szukanie pracy, mieszkania, szkoła, zmęczenie,
zimno – owładnął mną marazm zupełny. Największym urozmaiceniem w trudnych
czasach były odwiedziny krajanki-warszawianki. Zamieszkałyśmy wspólnie w hostelu,
gdzie Karolina zwana Ufoludkiem pracowała za schronienie i posłanie. Zasadniczo
w hostelach mieszka cała masa zagranicznej młodzieży, niektórzy na kilka dni,
inni tygodni, a jeszcze inni miesięcy. Życie spędzone tam przez dwa miesiące
znacznie odbiegało od standardowego: osiem osób w pokoju, hałasy, imprezy –
sodoma i gomora jednym słowem. Generalnie po tych przygodach mogę spać
wszędzie, a do szczęścia potrzebne mi tylko ciepłe łóżko, no i prysznic
oczywiście.
Dzięki Karolinie odkryłam w Sydney wiele miejsc, których wcześniej nie znałam:
kilka galerii, bibliotek, sklepy z tanimi butami. Zaledwie w ciągu kilku dni
Ufoludek znalazł warsztaty w muzeum, najtańsze drinki w mieście i darmowe
wycieczki. Wspólnie spędzony czas uświadomił mi też jak bardzo brakuje mi
polskich żartów słownych, odwołań do rodzimych programów, polityki,
rzeczywistości. Nastał kryzys emigracji, dlatego też postanowiłam ponownie
uciec i naładować trochę baterię.
 |
| Życie w hostelu, sprzątanie w zamian za spanie |
 |
| Biennale |
 |
| Sztuka współczesna |
 |
| I nawet polską artystkę znalazłyśmy |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz