Kolejna podróż, kolejne przygody, tym razem bardziej w głąb dolinowo-górzysty.
Zaplanowałam tydzień na trasie Sydney – Melbourne wraz ze znalezionym przez
Internet niemieckim turystą. Tak więc ja, Falko i jego stare Mitsubishi
opuściliśmy miasto spragnieni dziczy i spokoju. Jakimś cudem bez GPSu, bez
dokładnej wiedzy, bardziej na czuja przemierzaliśmy uroczo rozlokowane przybrzeżne
miasteczka z najbardziej popularną i sielską Kiamą. Mijając wszystkie wypasione hacjendy z widokiem na ocean zastanawiałam się poważnie nad zamążpójściem w
Australii. Ile te domy są warte? No i kogo na to stać?
Później zboczyliśmy na zachód, żeby biwakować w Dolinie Kangurów. Jak
przystało na nazwę kangury kicały po dolinach, a nawet całe ich gromady. Region
ten jest niesamowicie malowniczy, co róż wyrastają domy rodem z XIX wieku,
drewniane z rozłożystymi werandami. Biwakowaliśmy tam jedną noc w dziczy,
znaleźliśmy miejsce nad samym jeziorem, rozłożyliśmy namiot, rozpaliliśmy
ognisko, w końcu wolna od tego natłoku zajęć i ludzi.
Kolejny dzień spędziliśmy trochę błądząc, szukając mniej uczęszczanych dróg.
Przez 200 kilometrów w stronę południową minęliśmy tak różne krajobrazy, tak
różne warunki atmosferyczne, tak różne zwierzaki (mieszkają tam między innymi wombaty,
które widzieliśmy głównie martwe na szosie), aż trudno uwierzyć, że to wszystko
na tak krótkiej trasie. Niezmienne na tym obszarze pozostały jednak wielkie
puste przestworza, z pasącymi się owcami, krowami, pojedynczymi farmami, dzikus
Ania znowu się cieszył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz