Nie powiem, żebym po wypadku była chętna na dalsze podróże. Szczerze powiedziawszy,
miałam w głowie pomysł ucieczki do Polski. Po prostu, kupić bilet i już. Jakoś
jednak uspokoiłam się, część czytelników zatrudniłam jako grupę wsparcia, i
wyruszyłam dalej. Wodonga leży 300 kilometrów od Melbourne. Dystans ten przemierzyłam autostopem (ja po prostu lubię ryzyko!) i
ulokowałam się na dni kilka u irlandzkich couch surferów. Dzień później
dołączyła do mnie Ufka i razem eksplorowałyśmy tamtejsze ulice i uliczki.
Decyzja była to doskonała, bo Melbourne jest po prostu cool i łatwo jest tam
zapomnieć o różnych smutkach i smutasach.
Melbourne udaje europejskie miasto – zabytkowe budynki, katedry, ogrody,
małe uliczki z milionem kawiarni. Pozerstwo to jest na tyle urocze, że człowiek
kupuje je łatwowiernie. W Melbourne życie toczy się wokół zakupów, koncertów,
obiadków na mieście. Mieszkałyśmy co prawda w przyplażowej dzielnicy – St
Kilda, ale plażowego życia w mieście nie uświadczysz, przynajmniej nie w takim wymiarze
jak w Sydney. Dużo jest za to galerii, muzeów, a fajowych barów i kawiarni po
prostu zatrzęsienie! Są tam też tramwaje, które okraszają miasto dodając mu
klasy. Ludzie wydają się mniej spięci niż w Sydney, mniej sportowi (nie
widziałam nikogo joggingującego do pracy z koszulami na wieszaku!), mniej
australijscy, trochę bardziej ludzcy. Myślę, że atrakcyjność Melbourne polega
głównie na tym, że bardziej przypomina dom, ma w sobie jakiś chaos, tajemnicę,
po prostu czar! Zgodnie ze wskazówkami Pani w Centrum Informacji: w Melbourne
nie ma ważnych zabytków, nie ma też zatoki ani szerokich plaż. Trzeba po prostu
wchłonąć klimat i się nim napawać.
 |
| Tacy piraci z tych Australijczyków |
 |
| Domki na plaży |
 |
| Domki na plaży z modelką trochę mniej atrakcyjną |
 |
| Sztuka dookoła |
 |
| Znalazłyśmy polski makowiec, tak się nazywał, ale pieczony przez Żydów jak się okazało |
 |
| Lasery o piątej rano |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz