niedziela, 11 listopada 2012

Melbourne

Nie powiem, żebym po wypadku była chętna na dalsze podróże. Szczerze powiedziawszy, miałam w głowie pomysł ucieczki do Polski. Po prostu, kupić bilet i już. Jakoś jednak uspokoiłam się, część czytelników zatrudniłam jako grupę wsparcia, i wyruszyłam dalej. Wodonga leży 300 kilometrów od Melbourne. Dystans ten przemierzyłam autostopem (ja po prostu lubię ryzyko!) i ulokowałam się na dni kilka u irlandzkich couch surferów. Dzień później dołączyła do mnie Ufka i razem eksplorowałyśmy tamtejsze ulice i uliczki. Decyzja była to doskonała, bo Melbourne jest po prostu cool i łatwo jest tam zapomnieć o różnych smutkach i smutasach.
Melbourne udaje europejskie miasto – zabytkowe budynki, katedry, ogrody, małe uliczki z milionem kawiarni. Pozerstwo to jest na tyle urocze, że człowiek kupuje je łatwowiernie. W Melbourne życie toczy się wokół zakupów, koncertów, obiadków na mieście. Mieszkałyśmy co prawda w przyplażowej dzielnicy – St Kilda, ale plażowego życia w mieście nie uświadczysz, przynajmniej nie w takim wymiarze jak w Sydney. Dużo jest za to galerii, muzeów, a fajowych barów i kawiarni po prostu zatrzęsienie! Są tam też tramwaje, które okraszają miasto dodając mu klasy. Ludzie wydają się mniej spięci niż w Sydney, mniej sportowi (nie widziałam nikogo joggingującego do pracy z koszulami na wieszaku!), mniej australijscy, trochę bardziej ludzcy. Myślę, że atrakcyjność Melbourne polega głównie na tym, że bardziej przypomina dom, ma w sobie jakiś chaos, tajemnicę, po prostu czar! Zgodnie ze wskazówkami Pani w Centrum Informacji: w Melbourne nie ma ważnych zabytków, nie ma też zatoki ani szerokich plaż. Trzeba po prostu wchłonąć klimat i się nim napawać. 

Tacy piraci z tych Australijczyków

Domki na plaży

Domki na plaży z modelką trochę mniej atrakcyjną




Sztuka dookoła

Znalazłyśmy polski makowiec, tak się nazywał, ale pieczony przez Żydów jak się okazało



Lasery o piątej rano



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz